Veg - Wegetarianizm / Weganizm Strona Główna Veg - Wegetarianizm / Weganizm
Forum dla Weg(etari)an

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload

Poprzedni temat «» Następny temat
o okrucieństwie
Autor Wiadomość
taffit 
VegAdmin
Pieprzony Bad Boy



Pomógł: 34 razy
Wiek: 39
Posty: 6770
Skąd: Smog Wawelski
  Wysłany: 2006-03-31, 09:39   o okrucieństwie

autor: MARIAN ZDZIECHOWSKI


Okrucieństwo człowieka względem bliźniego swego staje się, zdaniem Rene Guyona, rzeczą, chwała Bogu, coraz bardziej zdyskredytowaną, wyjątkiem wywołującym oburzenie powszechne. La deesse Cruaute est detróne. Nie wydaje nam się jednak, aby słowa te płynęły z przekonania autora, są one raczej figurą retoryczną, stanowiącą przejście do kwestii stosunku człowieka do zwierzęcia, który się określa także i przede wszystkim wyrazem okrucieństwo. Stosunek ten jest logiczną, choć jednostronną konsekwencją nadanego, według Biblii, przez Boga człowiekowi prawa do nieograniczonej i nieodpowiedzialnej władzy nad całym stworzeniem (Gen. I, 28). W księgach świętych, tak żydowskich, jak chrześcijańskich, nie znajdziemy wyrazu litości dla zwierzęcia; między człowiekiem-panem a zdanymi na łaskę jego istotami niższymi chrześcijaństwo kopało przepaść, której nie znała Grecja starożytna, gdzie świat zwierzęcy miał opiekunkę swoją w bogini Artemidzie. Schopenhauer opowiada o sumiennym i pedantycznym pastorze, który jakiemuś towarzystwu opieki nad zwierzętami, wzywającemu go do wygłoszenia kazania przeciwko dręczeniu zwierząt odpowiedział, że pomimo najlepszej chęci nic tu zrobić nie może, nie znajdując żadnej do tego podstawy w Piśmie Świętym. Nie chciał on pójść za przykładem monachijskiego towarzystwa opiekunów zwierząt, które chcąc oprzeć odezwę swoją z r. 1852 na Biblii i Ewangelii, przytoczyło, zamiast tekstów samych, księgi i rozdziały, w których ich szukać trzeba. Była to pia fraus - mówi tenże Schopenhauer - obrachowana na to, że żaden z czytelników tam nie zajrzy, gdyż zajrzawszy, przekonałby się, że tylko z pomocą wielkich naciągań wymienione ustępy mogłyby być dostosowane do celów towarzystwa.

Tak, w stosunku do zwierząt mamy serca do takiego stopnia zatwardziałe, że gdyby kapłan począł z ambony zachęcać do litości nad nimi, niezawodnie poczytywano by mu to za dziwactwo, i może nawet ktoś dopatrzyłby p~ w tym powiewu herezji, poczętej z ducha Azji. najlepszym, co dałoby się tu powiedzieć, jest chyba to jedno, że ową litość znali niektórzy święci. Na przykład św. Jan Złotousty zalecał “wielką wobec zwierząt ludzkość i łagodność, a to z różnych względów, zwłaszcza zaś dlatego, abyśmy z tej racji i przy tej sposobności uczyli się współczuć i współboleć z bliźnimi”. Św. Franciszek w ekstazie miłości dla całego stworzenia wzywał zwierzęta “braćmi i siostrami”, wreszcie, w niektórych legendach rola zwierząt bywa otoczona jakimś szczególnym nimbem, i dzięki temu idzie stamtąd prąd przeciwny ich ciemiężeniu. Legendy te opracował niedawno Paweł Cazin w książce typowej jako wyraz stosunku przeciętnego chrześcijanina do zwierzęcia Sprawę potraktował autor humorystycznie, a opowiadania swoje poprzedził obszerną rozprawą o miłości zwierząt, z której dowiadujemy się, że choć zwierzęta nie są nam braćmi i siostrami, są jednak “kuzynami”, przeto nie wypadałoby tych “kuzynów” zabijać i zjadać, ale co robić, skoro są pokarmem tak smacznym. Zresztą lepiej dzieje się bydlęciu w rzeźni niż żołnierzowi na polu bitwy, a polowania są w gruncie rzeczy “wojną obronną”. Zwierzył się też autor z tego, że nieraz zastępował grymaszące kucharki, gdy chodziło o zarżnięcie kury czy królika, i że potrafi przyrządzić wcale niezły napój z ich krwi zmieszanej z octem, ze szczyptą soli i czosnkiem.

W twardość i pychę chrześcijan wobec zwierzęcia wniósł renesans lekki, ale bardzo lekki powiew łagodności i zrozumienia, lecz, niestety, wkrótce wmieszał się do tego pedantyzm filozoficzny, i oto pojawia się zdumiewająca zaiste, jak wyraża się Guyon, “deklaracja” kartezjanizmu, która sprowadza zwierzę do poziomu maszyn czy automatów bez czucia.

Jeśli istnieje coś na świecie, co by powinno było wzajemnie do siebie zbliżać wszystkie istoty zaludniające tę ziemię, to tym jest ból; wobec tego straszliwego wroga całego świata organicznego człowiek i zwierzę są równi sobie; człowieka ze zwierzęciem łączy wspólność i, powiedzmy, braterstwo cierpienia. Ale kto rozumie, kto słyszy - pyta Guyon - przeraźliwy jęk stworzenia, tę skargę wieczystą, którą ziemia wznosi ku wiekuiście obojętnemu niebu? Słyszał to Apostoł Paweł i próbował mistycznie tłumaczyć jako następstwo upadku człowieka, który się od Boga oderwał i pociągnął za sobą wszystko, co żyje, i “wszystko stworzenie wzdycha i, jako rodzące, boleje aż dotąd”. Ale wniosku o obowiązkach człowieka względem świata zwierzęcego “apostoł stąd nie wyciągnął, zapatrzony w szczęśliwą dal Królestwa Bożego, w którym człowiek się przeobrazi” i “samo stworzenie będzie wyswobodzone z niewolnictwa i skażenia na wolność chwały dziatek Bożych”. O ileż głębszy i realniejszy był w tej kwestii Budda!

Będąc małym dzieckiem, widziałem nieraz, jak Żyd-oprawca przechodził koło domu naszego, prowadząc na zabicie małe źrebięta lub stare konie; płakałem wtedy i marzyłem, że kiedyś będę królem i że pierwszym aktem mego panowania będzie srogie ukaranie tego złego Żyda. Ale litość nad zwierzęciem jest uczuciem tak mało społeczeństwu naszemu znanym, że później ukrywałem uczucie to przed ludźmi jako coś, czego niemal wstydzić

się trzeba, jako objaw niemęskiej czułostkowości. Jakże uradowany byłem, gdy się dowiedziałem, że wielki myśliciel, twórca filozofii pozytywnej, więc tej, którą mniej niż każdą inną o sentymentalizm posądzać można, August Comte, głęboko nad losem konia ubolewał, który od czasów najbardziej zamierzchłych był nieodstępnym i niezbędnym dla człowieka współpracownikiem w tym wielkim dziele, które cywilizacją nazywamy, a człowiek odpłaca się mu, dręcząc go srożej niż wszystkie inne zwierzęta, przeistaczając życie jego w męczarnię bez końca; lecz straszniejszą jeszcze od życia jest jem śmierć, gdy, wyzuty z resztek zdrowia i sił, rzucony zostaje niedźwiedziom na przynętę w razie polowań albo pijawkom, ażeby się krwią tuczyły, albo, jak w Rosji, złym dzieciom na zabawę, żeby z żywego zdzierały skórę.

Pięknie mówi Guyon o ufności i przywiązaniu zwierzęcia domowego do człowieka, dopóki ten, okrutnym obchodzeniem się uczuć tych w nim nie zabije.

Miarą stosunku człowieka do zwierząt, tych zwłaszcza, które w rzadkich dobrych chwilach przyjaciółmi swymi nazywa, jest język: wyraz “zwierzę” synonimem jest wszelkiej małości i nikczemności. Jak często, jak niesłusznie, jak krzywdząco zamiast dzikość czy okrucieństwo - mówi się zezwierzęcenie. Czyżby zwierzęta nie miały większego prawa do używania w podobnych wypadkach wyrazu sczłowieczenie? Człowieka zasługującego na pogardę nazywamy bydlęciem, głupca - osłem, a pies? Ten największy, nieodstępny przyjaciel, który nieraz na grobie swego pana umiera z tęsknoty? Odpowiedzią na to - psia-krew, psia-mać, u Rosjan - sukinsyn; zamiast wdzięczność za wierność, wierność tę bierzemy jako symbol najnikczemniejszej uniżoności i spodlenia. I jakże wreszcie jest wstrętna ta zachwaszczająca i judaizm, i chrześcijaństwo filozofia, według której zwierzę nie “umiera”, lecz “zdycha”. Oburzało to Schopenhauera. Niestety, nie wiemy, jak się wyrażał św. Franciszek z Asyżu o swoich braciach i siostrach zwierzętach; czy one także “zdychały”?

Pisarz wielki, z geniuszem i sercem, a daleki od pesymizmu, Michelet, wymowne i nieraz wstrząsające ustępy w pismach swoich poświęcał okrutnemu i głupiemu niszczycielstwu człowieka. Wraziła mi się w pamięć szczególnie jego książka o morzu (La mer). Wspomina tam w jednym z rozdziałów nieśmiertelnego odkrywcę Ameryki, wśród zaś konkwistadorów najbardziej ludzkiego, Krzysztofa Kolumba. Stanął na wybrzeżach Haiti. Mieszkańcy uderzają go urodą i także dobrocią, ufnością. Ale czy budzą w nim jakie życzliwe uczucie? Nic podobnego; zajmuje go tylko licha kupiecka myśl, że dobrych można z nich mieć niewolników i użyć do szukania złota. Pisze o tym w raporcie do króla: “Lękliwi są i stworzeni do posłuszeństwa; pięćdziesięciu moich ludzi wystarczy do zawojowania wyspy”. Stało się zadość życzeniu i po upływie 12 lat, stwierdzał tenże Kolumb, 6/7 ludności wymarło; w krótkim czasie resztki krajowców wycieńczono i wyniszczono pracą nad siły. Historyk Herrero w XVII w. wyrachował, że w ciągu pół wieku ludność Haiti z miliona spadła do 14 tysięcy, zastąpiono ją Murzynami, i w ręku Murzynów - pisał Michelet, przeczuwając tak ciężką i niemal groźną dziś dla Stanów Zjednoczonych kwestię murzyńską - Ameryka zostanie; Europa dokonała tam tego właśnie, czego nie chciała, pozostało tam jeszcze trochę czerwonoskórych, ale ta “heroiczna”, jak ją Michelet nazywa, rasa ginie z nędzy i głodu. Łagodna zaś ludność wysp Oceanii wymiera od chorób zaszczepionych przez Europejczyków.

Oczywiście nie byli oni i nie są łaskawsi i lepsi dla zwierząt. Niszczyli, gdzie i jak mogli; z zapamiętałością niszczyli gatunki łagodne, nie umiejące się bronić.

A wszystko przedtem żyło przeważnie parami, “życiem rodzinnym, spokojnym, szczęśliwym, w miłości rzetelnie wiernej, dozgonnej, nierozłącznej”. “Trudno dziś sobie wyobrazić, czym była owa wypowiedziana światu zwierzęcemu wojna przed stu, przed dwustu laty, gdy wieloryby pływały gromadami, a całe plemiona amfibii pokrywały wybrzeża. Urządzano rzezie ogromne, krwi lało się więcej niż w największych bitwach - i ku czemu zmierzano przez te krwawe potopy? Zabijano, aby zabijać, aby rozkoszować się siłą, złością, okrucieństwem swoim, aby się paść widokiem rozpaczy biednych zwierząt, zbyt powolnych i łagodnych, żeby się bronić i zemścić umiały”. Foki zwłaszcza, o rozumnych, dobrych, trochę smutnych oczach, szczególnie budzą współczucie w sercu Micheleta: ich życie i obyczaje, ich męki pod panowaniem człowieka przedstawił on w szeregu wymownych obrazów. “Widziano marynarza, który w szale zażartości dobijał nieszczęśliwą samicę fokę; ta płakała jak kobieta, a ile razy zakrwawiony pysk otwarła, on ją po nim bił grubym wiosłem i łamał zęby”. Na wyspach Shetland Anglicy i Amerykanie doszczętnie wytępili foki w ciągu lat czterech. Zdarzają się jeszcze na dalekiej Północy, w krajach Eskimosów. Czytałem niedawno w “Tęczy” opis polowania, w którym autor upodobaniem opowiadał, jak się zabija, dobija i preparuje trupa foki, przy czym do specjalnych pęcherzy wytaczają krew, która natychmiast zastyga, tworząc dwie czarne kule; następnie przyrządza się z tego zupę.

Słowem, gdziekolwiek się pojawiał człowiek, szczęście stamtąd uciekało, dziczał świat zwierzęcy. Gdzie są owe dobre olbrzymy (bons geants), słonie i wieloryby? Giną jedne i drugie: wieloryby są już bliskie wymarcia. Jeśli zaś jest stworzenie, które należało oszczędzać, choćby ze względu na skarby, które człowiek z niego wydobywać może, to właśnie wieloryb. Biedny, bezbronny wielkolud, przeciw któremu sprzymierzył się świat cały! Ale dwie istoty, ślepe w swej złości i okrutne, przypuściły atak do samej przyszłości i wypowiedziały podłą wojnę brzemiennym samicom: to potfisz (cachalot) i człowiek; pierwszy od razu kąsa ją w brzuch i wyrywa dziecko, drugi to samo robi powoli, systematycznie; tym więcej cierpi zwierzę, agonia trwa długo; wśród agonii przychodzą jeszcze nawroty siły i oporu, potem śmierć, konwulsyjne potężne odruchy jakby zgalwanizowanego ogona i “czas jakiś - kończy Michelet swój opis - drgają jeszcze ramiona, te biedne ramiona, przed chwilą ciepłe były miłością macierzyńską i zdaje się, że jeszcze są żywe i szukają dziecka”.

Ile to rozmaitych form przybrało okrucieństwo względem zwierząt! Menażerie, cyrki, te szczególnie, gdzie się produkują tzw. uczone zwierzęta; co one przecierpieć musiały, jak bite były i torturowane, zanim nauczono je głupich sztuczek ku zabawie głupiej gawiedzi. Szczególnie wstrętne cynizmem popisującego się okrucieństwa są walki byków w Hiszpanii, przeciw którym miał niedawno szlachetną odwagę oświadczyć się rodowity Hiszpan, kardynał Merry del Val. Znajdują jednak entuzjastów swoich i u nas. Przed paru miesiącami w jednym z ilustrowanych pism naszych ktoś z widocznym lubowaniem się stylem poetycznym opisywał, jak byka sprowadzonego z górskich pastwisk w Pirenejach systematycznie doprowadza się do szaleństwa, trzymając go w ciemnym lochu, morząc głodem i pojąc słoną wodą; jak potem, wyprowadzony na arenę i kłuty dzidami jeźdźców rzuca się na biedne ich wierzchowce, prując im trzewia, wyrywając krwawe płaty mięsa - jak jeźdźcy, korzystając z chwili, zręcznie wbijają mu w grzbiet strzały i zapalają na karku petardy; nadchodzi moment stanowczy, zjawia się torreador, konie tarzają się w podrygach konania, byk zaś, krwią ociekający i rozjuszony, zbiera resztki sił i “z determinacją śmiertelną” rzuca się na torreadora, ten wtedy wsuwa w niego szablę po samą rękojeść i przeszywa serce. W taki sposób zamęczają sześć do ośmiu byków i kilkadziesiąt koni w ciągu jednego popołudnia. W porównaniu z tą hańbiącą naród hiszpański zabawą, polowania wydać się mogą niewinną rozrywką, słusznie jednak Guyon widzi w nich nieco łagodniejszą, lecz równie typową formę okrucieństwa, bo i tu, i tam celem jest przyjemność, nic innego. Rzeźnik zabija, bo musi, bo to rzemiosło, z którego żyje, ale pędzić, ścigać przerażone, obłąkane ze strachu zwierzę, dopędzać, ranić, dobijać przy tym tryumfować, nazywać to zdrowym, naturalnym sportem, nawet miłością natury; nie czuć upokorzenia i wstydu przed pełnym wymówki spojrzeniem konającej i w chwili skonania łzami zalewającej się sarny - jakim wyrazem to wszystko określić?

Przeżyłem w moim życiu jeden niespodziewany dla mnie dzień, w którym imię moje zostało wymienione wśród kandydatów na najwyższe w państwie stanowisko; czy mam wyznać, co między innymi przesunęło się na początku przez myśl moją czy raczej wyobraźnię szczerze mnie ubawiło? Obraz wszecheuropejskiego skandalu, że na czele państwa postawiono kogoś, kto myśliwym nie jest i żadna moc go nie zmusi do udziału w obowiązkowej rozrywce panujących i możnych tego świata.

Rzeczą gorszą niż polowania są codziennie po całym szerokim świecie składane hekatomby ze zwierząt, przeważnie z psów i kotów, w imię niby to nauki, ale czy nie częściej jeszcze dla zadowolenia podłych sadystycznych instynktów tych, których Schopenhauer pogardliwie “medykastrami” nazywał? Wśród mistrzów twórczości artystycznej żaden nie odczuł tak głęboko poezji świata zwierzęcego jak Ryszard Wagner; przeciw wiwisekcjom Napisał on osobną rozprawę, w której litość podyktowała mu następujące piękne, głębokie i rzewne słowa: “Zamiast okrutnie torturować i wpatrywać się w rozprute wnętrzności żyjącego jeszcze zwierzęcia, niech ów kapłan nauki, który to czyni, spojrzy z odrobiną spokoju i zastanowienia się w jego oczy, a może po raz pierwszy w życiu dostrzeże w nich to, co w człowieku najgodniejsze, prawość (Wahrhajtigkeit), niezdolność do kłamstwa - patrząc zaś głębiej, może tam wyczyta wzniosłą żałość matki natury nad grzeszną nędzą ducha i ciemnością, w której on przebywa, depcząc prawo litości w swoim stosunku do żywej istoty”. Wiwisekcje zostały w zasadzie zakazane, w praktyce ograniczone w prawodawstwie angielskim (r. 1876); za przykładem Anglii poszły kraje skandynawskie, potem kanton berneński w Szwajcarii.

Stosunek człowieka do zwierzęcia zwięźle, silnie i wymownie streścił Michelet w obrazie bobra: “Ten niegdyś artysta w sztuce budowania stał się dziś zwierzęciem lękliwym, które nic nie wie, nie umie, nie może; te, co jeszcze istnieją w Ameryce, cofają się tylko i uciekają przed człowiekiem; straciły odwagę, wraz z odwagą chęć do pracy. Jeden podróżnik natrafił raz na bobra gdzieś bardzo daleko, nad brzegiem zapadłego jeziora; ten nieśmiało, ostrożnie zabierał się do swego rzemiosła, miał budować chatę dla siebie i rodziny; przygotowywał drzewo, ale oto spostrzegł człowieka i wiązka wypadła mu z łap; nie odważył się nawet uciekać, tylko żałośnie się rozpłakał”.

Jakże słuszne są słowa Schopenhauera: “Zaiste, chciałoby się powiedzieć, że ludzie są diabłami na ziemi, a zwierzęta dręczonymi przez nich duszami”.

Od lat najmłodszych, gimnazjalnych pochłaniało mnie zagadnienie religii; usiłowałem, jak mogłem, zasady wiary, do której głęboko czułem się przywiązany, godzić z rozumem, z doświadczeniem. Nie było to łatwe, do końca świata dręczyć nas będzie zagadnienie, skąd jest tyle zła na ziemi i dlaczego człowiek tak strasznie cierpi, ale cierpienie człowieka, nawet cierpienia małych, niewinnych dzieci, które w tak wstrząsających obrazach przedstawiał Dostojewski, mogą być tłumaczone z pomocą pojęć upadku, grzechu, kary, próby doczesnej i. wiekuistej zagrobowej szczęśliwości. Nie tłumaczy to jednak cierpienia zwierzęcia pod panowaniem człowieka; w pytaniu tym skupiały się ostatecznie wątpienia moje. Podstawy rozumowe wiary są z natury rzeczy kruche i gmach, który na nich stanął, trzeba ciągle i pracowicie naprawiać; w końcu zdaje się, że już jako tako trzymać się będzie, ale oto idę ulicą i widzę woźnicę, który katuje konia obarczonego ciężarami, albo widzę oprawcę, chwytającego przerażone skowyczące psy; staje przede mną żywy obraz tego, co je czeka i z trudem, i mozołem wzniesiony gmach rozpada się, trzeba znowu od początku zaczynać i budować...

“Czyżby nauka chrześcijańska - słusznie pyta Guyon, sprzeniewierzyła się zasadom swoim, gdyby przykazanie miłości rozciągnęła na wszystko, co żyje, czuje, cierpi? Jakże odmiennie wygląda życie w błogosławionych krajach buddyzmu, jaka radość ogarnia przyjaciela zwierząt, gdy tam zawita. Buddysta i także Japończyk, wyznawca szintoizmu, wiedzą, że nie ma różnicy zasadniczej między człowiekiem a zwierzęciem; zwierzę nie ;jest dla niego, jak niewolnik w starożytności, rzeczą, deblem, sprzętem domowym, który można bezkarnie połamać czy spalić. Zwierzęta dla niego to bracia I siostry, jak dla św. Franciszka z Asyżu, a w uczuciu tym widzimy nie tylko wybuch tkliwego serca, jak u naszego świętego, wypływa ono z religii, ma swój wyraz w sanskryckim tat twam ari - to ty jesteś - czyli wszystko jest tobą i ty wszystkim jesteś, albowiem wszystko spojone jest ze sobą węzłem substancjalnej jedności, którą stanowi mądrość i wola Boża, jako twórczy pryncyp wszechświata”.

Formuła ta - pisał jeden z najszlachetniejszych umysłów, jakie zdarzyło mi się spotkać w życiu, już nieżyjący przyjaciel mój a znakomity indolog, prof. Leopold von Schroder - jest jedyną nie dającą się wzruszać filozoficzną podstawą etyki... Powinni by zgodzić się z nią wszyscy mędrcy świata, jeśli nie w jej zasadzie, to w konsekwencjach praktycznych. Niestety, ku schyłkowi zeszłego stulecia pojawiła się tzw. moralność panów, Herrenmoral, którą - mówi tenże Schroder - należałoby raczej Junkermoral nazwać; owoc długich wieków rozwoju myśli filozoficznej, słowa Nietzschego Zaratustry: “Kto pada, tego kopnij jeszcze”, postawione obok tat twam asi, świadczyłyby o straszliwym upadku moralnym ludzkości, gdyby nie były doprowadzoną do absurdu filozofią Hegla i Feuerbacha, czyli wybrykiem myśli, zapowiadającym zdrową reakcję. Tak sądził Schroder; jakże gorzko się mylił! Ów absurd czy wybryk, owa Herrenmoral ludzi silnych, ale w sile wielbiących jej piękno, przeistoczyła się w podłą bolszewicko - zbójecką moralność Lenina, że “dobrem jest to, co jest pożyteczne dla partii”. Pożyteczny zaś jest dla partii krwawy terror w burzeniu istniejącego porządku i wraz z nim napychanie kieszeni cudzym dobrem.

Im żywiej - powiedział St. H. Chamberlain - objawia się u człowieka świadomość tego tat twam asi, czyli wewnętrznej spójni z całą naturą organiczną, tym korzystniej świadczy o głębokości jego wejrzenia w istotę rzeczy. I tylko ze stanowiska tat twam asi rozwiązać się daje w duchu sprawiedliwości kwestia zwierząt. W tym też kierunku podąża nauka, stwierdzając daremność przeprowadzenia jakiejś ścisłej granicy psychicznej między człowiekiem a zwierzęciem wyższym, w którym obecność pierwiastków uczucia i rozumu dowodzi, że różni się ono od człowieka nie pod względem jakości, lecz tylko co do stopnia rozwoju. Prawdę zaś nauki uzna religia tak, jak uznać musiała, że Ziemia obraca się naokoło Słońca.

Ale kto na zasadzie tat twam asi stanął, ten wyrzec się musi zwierzożerstwa; z jego stanowiska zwierzożerstwo jest nie mniej wstrętne niż ludożerstwo. Ludzie o duszach szlachetnych i subtelnych wstrzymywali się od mięsa: Shelley, Ryszard Wagner, Włodzimierz Sołowjow, Lew Tołstoj. Wegetarianizm stale się rozwija i z krajów germańskich i protestanckich, gdzie ma najliczniejszych wyznawców, wkracza do krajów łacińskich i katolickich. Ale wegetarianizm powszechny jest, dziś przynajmniej, utopią - i ani Guyon obecnie, ani przed nim Michelet nie sięgali marzeniem i myślą tak daleko.

Michelet swoje dobre, z każdym cierpieniem współczujące serce łączył z niepoprawnym jakimś optymizmem stale mu przysłaniającym cierpienie i zło, które jednak tak wymownie opisywać umiał. Ziemia, przyroda, historia wydawały mu się potężnym lotem ku słońcu szczęściu. Znalazło to pełen liryzmu wyraz w ostatniej jego książek poświęconych naturze, La Montagne. Do dziewiczych śnieżnych szczytów nie dochodzą z dołu głosy i jęki nieustającej ziemskiej rozpaczliwej walki o byt, jaką jest życie, tam “dusza czuje nieskończoność swoją”, a wobec tego wszystko inne jest tak małe. Tak łatwo i błogo zapomnieć o świecie, o epoce naszej, która tyle pracowała, aby poniżyć wszystko, co się podnosiło”. Starałem się - pisał w zakończeniu - rozdział za rozdziałem wykazywać wszystkie potęgi heroiczne, które czerpiemy w obcowaniu z naturą. Gdy, wędrując po górach, staniemy na szczycie, który celem był dla nas, widzimy nieraz przed sobą nowy, jeszcze wyższy szczyt; podobnie teraz poza książką, którą zakończyłem, dostrzegam nową, którą muszę zacząć “Odrodzenie rodu ludzkiego”.

Książki tej nie napisał, i czy mógł ją napisać? W optymizmie zaś swej wiary w człowieka i postęp dostosowywał się do rzeczywistości i wolał żądać od niej mało, ażeby to, czego żądał, dało się łatwo wykonać. “Litość - pisał - jest boskim ukoronowaniem życia”. Niechże jej będzie trochę więcej i niech zwierzętom daną będzie une treve de Dieu: “wszelkie życie niewinne ma prawo do odrobiny szczęścia; dajcie im ją, przynajmniej w chwili, gdy natura spełnia przez nie swoje dzieło macierzyństwa. Niech człowiek dopomoże jej, a błogosławionym będzie de l'abime aux etoiles”.

Czy w słowach tych nie czujemy spadnięcia z wysokości szlachetnego i głębokiego współczucia w niziny płytkiej czułostkowości? Nie deklamować należy, lecz dokonać rewolucji w sumieniu swoim. Oburza nas dziś potworny stosunek świata starożytnego, w czasach zaś nam bliższych, plantatorów Ameryki do niewolników, których traktowano jak rzeczy martwe, ale gdyśmy znieśli niewolnictwo - przynajmniej w zasadzie, gdyż to, co się dzieje, a w każdym razie działo za króla Leopolda II w Kongo, było wskrzeszeniem niewolnictwa - przychodzi kolej na świat zwierzęcy. Musi nastąpić deklaracja praw zwierzęcia i obowiązków człowieka względem niego: II faut proclamer le charte de l'animal... “Zwierzę nie jest rzeczą i jeśli nie chcecie postawić go na równi z człowiekiem, to stwórzcie jakąś kategorię pośrednią między rzeczą a człowiekiem”.

Prof. Baudouin de Courtenay ogłosił w r. 1927, pt. Mój stosunek do Kościoła, rzecz straszną przez swoją nieustraszoną, tołstojowską, nie cofającą się przed żadnymi konsekwencjami logiczność. Znajdujemy tam szczegół z zakresu tych doświadczeń wiwisekcyjnych, które z podłego sadyzmu płyną i równie oburzają okrucieństwem, jak zdumiewającą głupotą. Znany fizjolog rosyjski, profesor i rektor akademii medycznej w Petersburgu, Paszutin, opowiadał autorowi, w jaki sposób postanowił był zbadać eksperymentalnie duszę psa. W tym celu kupił psa, obłaskawił go; pies do niego się przywiązał i lizał mu ręce. Wtedy Paszutin oblał go

ukropem; z psa zlazła skóra, ale lizał nadal ręce swego oprawcy. Paszutin po raz drugi oblał go ukropem; pomimo męczarni pies nie przestawał lizać ręki “kapłana nauki”; jeszcze raz oblano psa ukropem; nie wytrzymał i wyzionął ducha.

Oto ilustracja - pisze autor - miłości Ojca niebieskiego do swoich stworzeń! Jakże może wasz Bóg wszechmocny, sprawiedliwy, miłosierny takie rzeczy znosić? - Czy ojciec kochający swoje córki - czytamy w innym miejscu - a wszechmocny, mógłby skazywać je hańbę prostytucji? Mnożenie przykładów podobnych trudne nie jest; mnoży je też i przytacza autor. Przypisuje - pisze - Bogu waszemu okrucieństwa, które człowieka na ziemi robiłyby zbrodniarzem, potworem, wyrodkiem i nazywacie to miłosierdziem, sprawiedliwością; zaiste dziwna jakaś, “spod ciemnej gwiazdy sprawiedliwość, którą każe uprawiać swemu dobrotliwemu Ojcu marny i plugawy człowiek!”

Słowem, za dużo jest na świecie okrucieństwa, obrzydliwości, zła, aby można było, według autora, całą tą ohydą obarczać Boga, Bożą Opatrzność; więc “Bóg jest całkiem niepotrzebny”, nie potrzebują go ani rozum, ani serce. Do przekonania tego doszedł był autor jeszcze za,młodu, przed 60 laty; dziś, u schyłku życia zażądał, aby go wykreślono z listy wyznawców Kościoła katolickiego. Wniósł stosowne podanie do władz; życzenie jego spełniono, otrzymał dowód osobisty bez określenia wyznania.

Rozprawę swoją prof. Baudouin de Courtenay był łaskaw mnie przysłać. Dziękując, odpowiedziałem mu, że zgadzam się na wiele rzeczy, które tam są, tylko inny wyciągam wniosek, podyktowany Galileuszowskim e pur si muove. Wprawdzie moje e pur si muove ma podstawę swoją nie w nauce, lecz w potrzebie serca. niemniej jednak jest mocne. Rozmyślania nad zagadnieniem religii doprowadzały mnie zawsze i tak samo utwierdzają dziś we wniosku, że wiara jest gwałtem zadanym rozumowi; zbyt głośno to, co się na świecie dzieje, świadczy, krzyczy przeciw Bogu. Silniejszą jednak nad to wszystko jest tęsknota za Pięknem przedwiecznym, absolutnym, którego blaski pociechą są nam i otuchą w życiu; głód rzeczy wiecznych, głód Boga, w którym tęsknota nasza ma ujście, staje się fundamentem wiary. Religia zaś nie daje się pomyśleć bez społeczności religijnej, bez Kościoła, Kościół bez wspólnej modlitwy i kultu.

Wkraczam w dziedzinę teologii. Kto się myślą moją interesuje, niech przejrzy pracę moją Pesymizm, romantyzm a podstawy chrześcijaństwa, a przynajmniej niech przeczyta przedmowę.

Quando veniam et apparebo ante faciem Domini - w tym wołaniu psalmisty streszczają się niepokoje duszy udręczonej doczesnością; przed Jego obliczem pojmiemy sens w nonsensie bytu ukryty.


www
_________________
Jadasz rosół z kur wielu?
 
 
 
Alispo 
Veg Do Potęgi


Pomogła: 16 razy
Wiek: 39
Posty: 3461
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2006-03-31, 12:16   

a moze jakies streszczenie?;)
_________________
http://onlyonesolution.org
 
 
taffit 
VegAdmin
Pieprzony Bad Boy



Pomógł: 34 razy
Wiek: 39
Posty: 6770
Skąd: Smog Wawelski
Wysłany: 2006-03-31, 12:21   

streszczenie jest w tytule :D
polecam artykuł w wolnej chwili
_________________
Jadasz rosół z kur wielu?
 
 
 
Sprawiedliwa 
Ostoja Wiedzy



Pomogła: 1 raz
Posty: 497
Wysłany: 2006-03-31, 14:08   

ja przczytałam i bardzo mi sie podobało :D
_________________
Życie jest wyzwaniem, zmierz się z nim.
 
 
krzysztof
Veg Do Potęgi


Pomógł: 54 razy
Posty: 2891
Wysłany: 2011-07-25, 12:38   Re: o okrucieństwie

WITAM :sloneczko:

taffit napisał/a:

Tak, w stosunku do zwierząt mamy serca do takiego stopnia zatwardziałe, że gdyby kapłan począł z ambony zachęcać do litości nad nimi, niezawodnie poczytywano by mu to za dziwactwo, i może nawet ktoś dopatrzyłby p~ w tym powiewu herezji, poczętej z ducha Azji. najlepszym, co dałoby się tu powiedzieć, jest chyba to jedno, że ową litość znali niektórzy święci.
...
W twardość i pychę chrześcijan wobec zwierzęcia wniósł renesans lekki, ale bardzo lekki powiew łagodności i zrozumienia, lecz, niestety, wkrótce wmieszał się do tego pedantyzm filozoficzny, i oto pojawia się zdumiewająca zaiste, jak wyraża się Guyon, “deklaracja” kartezjanizmu, która sprowadza zwierzę do poziomu maszyn czy automatów bez czucia.
...

"Dlaczego Kościół milczy" Jarosław Makowski
http://www.newsweek.pl/ar...-milczy,50228,1
Cytat:

Święty Tomasz w ślad za Arystotelesem wmówił nam, że zwierzęta nie mają duszy. To dlatego Kościół dziś nie upomina się o los naszych braci mniejszych.

Polscy biskupi na każdym kroku przypominają, że w istotnych kwestiach społecznych mają prawo zabierać głos. W demokratycznym porządku nikt im tego prawa nie zamierza odbierać. Gdy tylko nadarzy się możliwość, jak przy okazji debaty o in vitro, po raz setny przypominają nauczanie Kościoła na ten temat. Pod pręgierzem przy rozmaitych okazjach hierarchowie stawiają też relatywizm, nihilizm i wszystkie -izmy. Jednak o złym traktowaniu zwierząt przez ludzi milczą jak zaklęci.

Czyżby ludzkie bestialstwo wobec zwierząt nie było w oczach Kościoła ważnym problemem społecznym? Czyż w katolickim kraju tortury, jakim każdego dnia przy aprobacie społecznej poddawane są zwierzęta, nie uderzają w Kościół uchodzący za wychowawcę tego narodu? Czy w czasie kazań księża muszą grzmieć, że na „Zachodzie zwierzęta mają większe prawa niż ludzie” (słyszałem to na własne uszy), dając wiernym do zrozumienia, że w katolickiej Polsce do takiej skandalicznej sytuacji nie wolno dopuścić?

Co jednak ma ze sobą wspólnego ludzkie okrucieństwo wobec zwierząt i chrześcijaństwo? Na pierwszy rzut oka – nic. Jednak przy dokładnym przyjrzeniu się widać jak na dłoni, że ważne teksty biblijne, opacznie interpretowane, wpłynęły na nasz sposób postrzegania i traktowania zwierząt. Mówię „nas”, wierzących i niewierzących, gdyż czy nam się to podoba, czy nie, Europa przesiąknięta jest chrześcijańskim duchem. A w przypadku stosunku do zwierząt czerpie z niego pełnymi garściami. Nawet małe dziecko zna owe teksty na pamięć i jest gotowe je recytować obudzone w środku nocy.

Kluczowe w tym kontekście teksty odnajdujemy w Księdze Rodzaju. Pierwszy: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną” (1,28). To wersja oryginalna. Tyle że w świadomości ludzi dominuje wersja zwulgaryzowana, za którą niemałą odpowiedzialność ponosi szkolna teologia, sprowadzająca ten passus do jakże miłego dla ucha człowieka nakazu: „Czyńcie sobie ziemię poddaną!”. A to znaczy tyle: Bóg dał człowiekowi, „koronie stworzenia”, ziemię we władanie.

Dał mu na własność, aby człowiek ją okiełznał, opanował, eksplorował. Celem nadrzędnym w takim ujęciu jest szczęście człowieka, który – by je osiągnąć – musi się trudzić, harować w pocie i znoju. A tym, co stawia opór, jest ziemia. Zadanie człowieka polega więc na tym, by ten opór ziemi złamać. I człowiek go łamie.
Sęk w tym, że specyfika biblijnego zalecenia nie ma nic wspólnego, jak notuje protestancki teolog Jürgen Moltmann, „z panowaniem nad światem”. I dodaje: „Biblijny nakaz jest przykazaniem dotyczącym pożywienia – zarówno ludzie, jak i zwierzęta mają żyć z owoców, które rodzi ziemia na drzewach i roślinach. Nie było mowy o zdobyciu władzy”.

Drugi tekst, który ma usprawiedliwiać brutalność człowieka wobec natury, wprost odnosi się do zwierząt. „A wreszcie rzekł Bóg: »Uczynię człowieka na nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!«” (Rdz 1,26). Tu rzeczywiście, pierwszy i ostatni raz w Piśmie Świętym pada słowo „panowanie”. I to zdanie służy w szkolnej teologii za niezbity dowód na to, że człowiek, który z kolei jest imago Dei (obrazem Boga), stoi najwyżej w hierarchii bytów.

Nowa teologia, nielękająca się koloru zielonego, zupełnie inaczej interpretuje ten fragment. Pisze Moltmann: „»Panowanie« odnosi się do związku człowieka – opisanego tu jako obraz Boży – z Bogiem, Stwórcą podtrzymującym świat w istnieniu. Ponieważ ludzie i zwierzęta mają żyć z owoców ziemi, to władza człowieka nad zwierzętami może być tylko władzą pokoju, a nie żadną władzą nad życiem i śmiercią. Rola, jaka została w tym biblijnym przekazie przypisana ludziom, to zachowanie sprawiedliwego pokoju”.

Do ukształtowania się naszego współczesnego stosunku do zwierząt przyczynił się też Arystoteles, który orzekł: tym, co różni ludzi od zwierząt, jest rozum i nieśmiertelna dusza. Jak wiemy, filozofia Arystotelesa została potem „ochrzczona” przez św. Tomasza z Akwinu, bodaj najważniejszego nauczyciela Kościoła. Jakie są tego konsekwencje?

James Serpell, zoolog i etyk, cytowany przez krakowskiego antropologa Dariusza Czaję w znakomitej książce „Lekcje ciemności”, pisze: „Tomasz, tak jak Arystoteles, z którego prac obficie czerpał, wierzył, że jedynie rozumna część duszy przeżywa śmierć ciała. Skoro zwierzęta nie mają władzy rozumu, to wraz ze śmiercią ciała ich dusze także ulegają zniszczeniu. Ten pozornie prosty wniosek miał dalekosiężne konsekwencje. Odmawiając zwierzętom życia pozagrobowego, Tomasz z Akwinu ocalił chrześcijan przed zatrważającą skądinąd perspektywą napotkania w zaświatach mściwych duchów ich nieszczęsnych ofiar zwierzęcych. Umocnił tym samym przekonanie, że nie ma powodów, by niepokojem moralnym napawał ludzi sposób, w jaki obchodzą się ze zwierzętami”.

Siła autorytetu św. Tomasza sprawiła, że nikt nie śmiał kwestionować jego rozstrzygnięć, choć przecież w Kościele znaleźli się też i tacy jak św. Franciszek z Asyżu, który z pewnością wierzył, iż zwierzęta mają i duszę, i uczucia. Oto jedna z przypowieści, ukazująca istotę jego postawy wobec zwierząt. Idąc raz z braćmi, spotkał wieśniaka, który tak mocno bił opornego osła, że w końcu zwierzę kopnęło go i ugryzło w rękę. Być może jeszcze dotkliwiej poturbowałoby swego właściciela, gdyby Franciszek nie zawołał: „Powstrzymaj się, bracie ośle!”. Osłupiały poganiacz ujrzał, jak zakonnik klęka przed uspokojonym zwierzęciem i przemawia do niego. Następnie Franciszek wytłumaczył wieśniakowi, że o wiele więcej można osiągnąć miłością niż kijem, a towarzyszący mu bracia zdjęli ciężki ładunek z grzbietu osła i sami ponieśli na wzniesienie, na które objuczone ponad miarę stworzenie nie potrafiło się wspiąć.

Tyle że miłość i szacunek św. Franciszka do każdego żywego stworzenia są w nauczaniu kościelnym zdecydowanie zmarginalizowane. Ba, ze swoim „maniakalnym” współczuciem dla każdego „osła” święty ten odgrywa w Kościele rolę sympatycznego i nieszkodliwego dziwaka.
Trudno się więc dziwić, że chrześcijanie pogardzają zwierzętami i traktują je jak przedmioty. W końcu wiara Jerozolimy i rozum Aten, czyli dwa filary naszej cywilizacji, połączyły siły, by znaleźć duchowe i racjonalne przesłanki i okrucieństwa wobec zwierząt nie nazywać grzechem. By ich zabijanie nie spędzało nam snu z powiek ani nie budziło wrzutów sumienia.

Czy wobec opisanej sytuacji Kościół jest bezradny? Nie. Tyle że po pierwsze, ze świecą szukać w Polsce teologów i księży, którzy nie pokładaliby się ze śmiechu, gdy mówię, że zajmuję się teologią zwierząt. I że potrzebujemy wypracowania nowej teologii stworzenia, która na poważnie zmierzyłaby się z tzw. kryzysem ekologicznym. Po drugie, Kościołowi można postawić zarzut grzechu zaniechania, kiedy milczy, widząc, jak ludzie traktują zwierzęta.

Czyż nie mamy prawa oczekiwać od biskupów listu na temat szacunku wobec każdego żyjącego stworzenia, zamiast kolejnego na temat udziału obywateli w wyborach? Czy duszpasterze sprzeniewierzyliby się ewangelii, gdyby w niedzielnych kazaniach więcej uwagi zwracali wiernym na szacunek, jaki należy się zwierzakom, a nie tylko „koronie stworzenia”, czyli człowiekowi?
Przecież i zwierzęta stworzył Bóg. Czyż nie?



POZDRAWIAM Z ZIELONEJ GÓRY :sloneczko: :bye:
 
 
Jakub 
Guru Veg
takCZYtak,CALLmeJAK



Pomógł: 6 razy
Wiek: 39
Posty: 4243
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2011-07-25, 14:24   

Cóż, prawdą jest, że Kościół (jak zresztą każdy mięsożerny ludek) jest mocno zaniepokojony myślą, że mógłby nagle zrezygnować z mięska. Tym bardziej że wielowiekowa tradycja jest bardzo mocno zakorzeniona. Z drugiej strony nie jest tak, że każdy teolog w Polsce patrzy na prawa zwierząt i teologię zwierząt jak wół na malowane wrota. Najlepszym dowodem mój promotor, o. prof. Jacek Bolewski SJ. Jeszcze kilku księży mógłbym wymienić. Z teologów, to sam akurat zajmuję się teologią zwierząt, więc... ;)

Co dalej? Franciszek nie był wege - mimo całej jego sympatii do zwierząt. A legendy o nim są... no właśnie, raczej legendami.

Błędem rzeczowym (lub celowym i niewłaściwym przemilczeniem) autora tekstu jest jednak fakt, że trud, znój itd. pojawiły się dopiero jako skutek grzechu pierworodnego. Co akurat w kontekście stanu pierwotnej doskonałości i jednoznacznym nakazom z wersetu 29 ( I rzekł Bóg: «Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem.) jest dość istotne.
_________________
"Umysł jest swoją własną siedzibą
i w sobie samym może zamienić
niebo w piekło i piekło w niebo."

John Milton
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group