Veg - Wegetarianizm / Weganizm Strona Główna Veg - Wegetarianizm / Weganizm
Forum dla Weg(etari)an

RegulaminRegulamin FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: taffit
2010-07-06, 04:35
inteligencja zwierząt
Autor Wiadomość
Tequilla 
Veg Do Potęgi
wujek dobra rata



Pomógł: 23 razy
Wiek: 41
Posty: 3576
Skąd: Byt GoGo
Wysłany: 2016-03-15, 12:12   

noo świetny wywiad też go miałem zalinkować
_________________
rzułta rzaba rzarła rzur

cat bless you

 
 
krzysztof
Veg Do Potęgi


Pomógł: 54 razy
Posty: 2871
Wysłany: 2017-02-24, 11:19   

:sloneczko:

"Bystre zwierzę. Czy jesteśmy dość mądrzy, aby zrozumieć mądrość zwierząt?" - Frans de Waal, 2016 - 09 - 15, wyd.Copernicus Center PRESS
http://www.ccpress.pl/pro...c_zwierzat__306
Cytat:
Frans de Waal, holenderski prymatolog i badacz zachowania zwierząt, broni przekonania, że niektóre zachowania zwierząt wcale nie różnią się od zachowań ludzkich, np. szympansy całują się na przywitanie z tego samego powodu, dla którego robią to ludzie. Możemy rozsądnie oczekiwać, że zwierzęta chcą, dążą ku czemuś, bawią się, niepokoją, współczują i czują smutek.

Książka de Waala to pełen pasji, napisany żywym, a miejscami wręcz dosadnym językiem manifest "nowego antropomorfizmu" - programu rzetelnego, naukowego zmierzenia się z faktem, że jesteśmy nie tyle podobni do zwierząt, ale w ścisłym sensie po prostu nimi jesteśmy. Z drugiej strony każdy gatunek jest jednak inny i w kontakcie ze słoniem, foką, psem czy lemurem musimy użyć wszelkiej naszej domyślności i empatii, aby "wejść w ich świat" i dostrzec inteligencję i mądrość tych istot. Czy jednak sami jesteśmy na to wystarczająco mądrzy?

Spis treści:
Prolog
1. Magiczne studnie
2. Opowieść o dwóch szkołach
3. Fale kognitywne
4. Mów do mnie
5. Miara wszechrzeczy
6. Umiejętności społeczne
7. Czas pokaże
8. O lustrach i słojach
9. Kognitywistyka ewolucyjna
Przypisy
Bibliografia
Słownik niektórych terminów
Podziękowania

Wybrane recenzje (pozostałe na stronie ksiażki):
Cytat:
"Bystre zwierzę" - historia przeglądania na oczy - PAP - 2017 - 01 - 10 / 14:16

W poszukiwaniu życia inteligentnego nie musimy wyglądać ku odległym zakątkom przestrzeni kosmicznej. Inteligencja tkwi tu, na Ziemi, tuż pod naszymi nosami. Jednak rozpoznanie tego, jak bystre są zwierzęta, wymagało od ludzi wielkiej pomysłowości i przyjęcia nowego podejścia - zauważa Frans de Waal w książce poświęconej umysłowym możliwościom zwierząt i historii ich poznawania przez ludzi.

Obserwowany w niewoli orangutan po mistrzowsku posługuje się narzędziami. Jest tak zręczny, że potrafi wiązać supły na sznurowadłach i konstruować własne narzędzia. Pewien młody samiec połączył trzy kije, które wcześniej zaostrzył, za pomocą dwóch rurek, tworząc składający się z pięciu elementów pręt, aby strącić zawieszony wysoko pokarm. Orangutany są też mistrzami ucieczki; potrafią cierpliwie demontować klatki - dzień w dzień, tydzień po tygodniu, kryjąc przy tym zdemontowane śruby i nakrętki przed widokiem ludzi - tak, że opiekunowie orientują się, co zaszło, kiedy już jest za późno. Do niedawna jednak cała nasza wiedza o stosowaniu narzędzi przez dzikie orangutany ograniczała się do tego, że czasem drapią się po pośladkach patykiem, a w czasie deszczu nakrywają się liściastą gałązką - pisze Frans de Waal w swojej książce "Bystre zwierzę. Czy jesteśmy dość mądrzy, aby zrozumieć mądrość zwierząt?".

W ostatnich dekadach wiedza przyrasta wręcz lawinowo i niemal co tydzień słyszymy o nowym odkryciu nt. zaawansowanych zdolności poznawczych zwierząt - zaznacza holenderski naukowiec. Dowiadujemy się, że szczury mogą żałować swoich decyzji, a kruki wytwarzają narzędzia, ośmiornice rozpoznają ludzkie twarze, a dzięki szczególnej grupie neuronów małpy uczą się na cudzych błędach. Otwarcie mówi się już dzisiaj o istnieniu kultury u zwierząt, o empatii i przyjaźniach między nimi. Nic nie jest już z góry wykluczone, nawet mowa o racjonalności, którą kiedyś uważano za znak rozpoznawczy człowieka - wylicza.

De Waal zwraca jednak uwagę, że ludzie mają zwyczaj porównywać inteligencję zwierzęcą i własną, traktując samych siebie jako punkt odniesienia. "Warto jednak pamiętać, że jest to przestarzały sposób postępowania. To nie jest porównanie inteligencji >ludzkiej< ze >zwierzęcą<, a raczej porównanie dwóch rodzajów inteligencji zwierzęcej, z których jedna jest właściwa naszemu gatunkowi. (...) nie porównujemy więc z sobą dwóch odmiennych kategorii inteligencji, a raczej rozważamy zmienność występującą w ramach jednej kategorii" - pisze.

De Waal przygląda się skomplikowanemu procesowi dochodzenia przez naukowców do obecnego stanu wiedzy na temat możliwości umysłowych zwierząt. W XX w. panowały bowiem dwie główne szkoły myślenia: traktujące zwierzęta bądź jako maszynki poszukujące nagrody i unikające kary (na podstawie modelu bodziec-reakcja) - bądź jako roboty wyposażone genetycznie w wiele pożytecznych instynktów. "Choć każda z tych szkół zwalczała tę drugą, twierdząc, że postrzega ona świat zbyt wąsko, wspólna była dla nich zasadniczo mechanicystyczna perspektywa: nie ma co się przejmować wewnętrznym życiem zwierząt, a ktokolwiek to robi, popełnia grzech antopomorfizmu, romantyzmu i nienaukowości" - komentuje holenderski naukowiec.

Przez większą część XX w. w kwestii inteligencji, intencji i emocji zwierząt naukowcy byli ostrożni i sceptyczni. "Nigdy nie zgodziliśmy się na te wszystkie: >Mój pies jest zazdrosny< czy >Mój kot wie, czego chce<, nie mówiąc już o czymś bardziej skomplikowanym, jak na przykład o idei, że zwierzęta rozmyślają o przeszłości albo odczuwają czyjś ból. Badacze zachowania zwierząt albo nie przejmowali się władzami poznawczymi, albo aktywnie sprzeciwiali takim propozycjom" - pisze de Waal.

Jednak z biegiem lat następował rozwój technik obserwacji i eksperymentów, pozwalających obserwować zwierzęta w warunkach, które - zamiast je stresować i blokować ich zdolności oraz inteligencję - sprzyjają ich swobodnemu wykorzystaniu. W efekcie zaczęliśmy doceniać inne gatunki. "Jednak wymaga to ciągłego tłuczenia w nasze grube czaszki przez setki faktów, które były początkowo bagatelizowane przez naukę" - pisze.

Frans de Waal jest profesorem psychologii na Uniwersytecie Emory i dyrektorem Living Links Center w Atlancie. Autor kilkunastu książek i kilkuset artykułów naukowych, publikowanych w najbardziej prestiżowych czasopismach. W 2007 r. magazyn "Time" uznał go za jedną ze stu osób, które kształtują nasz świat.

"Bystre zwierzę" Fransa de Waala w tłumaczeniu Łukasza Lamży ukazało się nakładem wydawnictwa Copernicus Center Press.
PAP - Nauka w Polsce 28.11.2016

Cytat:
"Mądre Książki"- 2017 - 01 - 10 / 13:59

Co oddziela umysł ludzki od zwierzęcego? Zdolność do wytwarzania narzędzi, samoświadomość, planowanie? W ciągu ostatnich lat badania nad zdolnościami poznawczymi zwierząt przyniosły nowe, zaskakujące wioski. Spostrzeżono, że ośmiornice używają skorup orzechów kokosowych kokosowych jako narzędzia; słonie potrafią określić wiek ludzi, ich płeć a nawet odróżnić, czy mówią tym samym językiem; szympansy maja natomiast bardzo dobrą pamięć. Na podstawie badań nad wronami, delfinami, papugami, wielorybami oraz (co jasne) szympansów i bonobo, Frans de Waal ukazuje głębię inteligencji zwierząt.
Ludzie często zakładają, że istnieje jakiegoś rodzaju drabina, czy też hierarchia inteligencji wśród zwierząt, powiązana z ewolucją, a na samym jej szczycie znajduje się oczywiście człowiek. Jak się okazuje, inteligencja nie jest tym samym dla każdego gatunku. Natura promowała różne rodzaje inteligencji u różnych gatunków. Wiewiórki potrafią zapamiętać niemal sto różnych miejsc, w których przed kilkoma miesiącami ukryły żołędzie; nietoperze rozwinęły umiejętność echolokacji, które służy nie tylko jako radar do odnajdywania drogi, ale też służy do polowania. Zwierzęta potrafią rozpoznawać emocje, mają wspomnienia, tożsamość, używają narzędzi, współpracują ze sobą. Ludzie posiadają te wszystkie umiejętności, ale też zaskakująca ilość zwierząt rozwinęła wiele z nich. Po lekturze wcześniejszych książek De Waala spodziewałem się, że większość rozdziałów książki będzie traktowała o naczelnych, okazuje się, że wiele innych zwierząt rozwinęło niespotkane u innych pokłady inteligencji, dostosowane do ich potrzeb. De Waal skłania do zmiany utartego już sposobu myślenia na temat inteligencji zwierząt i przekonania się, że są one o wiele bardziej skomplikowane i złożone, niż mogło się wydawać.

De Waal konstruuje swój wywód jasno i prowadzi narrację, rozpoczynając od wskazania istniejących wcześniej uprzedzeń istniejących u badaczy. Naukowcy mieli skłonność do patrzenia na zwierzęta i ich inteligencję przez pryzmat inteligencji ludzkiej. Wyniki eksperymentów prowadzących przez naukowców badających inteligencję zwierząt były zafałszowywane ze względu na źle dobrane (niedopasowane do zwierząt) warunki wejściowe. Na przykład szympansy źle wychodziły na testach, ponieważ były one dla nich po prostu zbyt nudne i bardzo szybko rozpraszały swoją uwagę. Przełom w badaniach nadszedł dopiero wtedy, kiedy środowisko naukowe zrozumiało, że badania należy dostosować do zwierząt, a nie zwierzęta do testów. Okazuje się, że ta zmiana wymagała od ludzi pokory, która pozwoliła zrozumieć, że nasz „ludzki” sposób widzenia świata nie jest jedynym. I na tym właśnie ma polegać nasza mądrość w dostrzeżeniu mądrości zwierząt. Ludzie powinni porzucić sposób myślenia o własnym gatunku jako lepszym. Zwierzęta są tak mądre, jak muszą być, aby przetrwać. Każdy gatunek został ewolucyjnie przystosowany do własnej niszy ekologicznej.
Rafał Siemko - madreksiazki.org


pzdr.
 
 
krzysztof
Veg Do Potęgi


Pomógł: 54 razy
Posty: 2871
Wysłany: 2017-03-26, 12:52   Duchowe życie zwierząt

:sloneczko:

Pozycja godna polecenia ze względu na odpowiedni i przystępny język nie obarczony ciężką naukową terminologią.
Duchowe życie zwierząt, Peter Wohlleben, Wyd. Otwarte, premiera w kwietniu 2017
http://www.znak.com.pl/ka...-zycie-zwierzat
Cytat:
Koguty okłamujące kury? Łanie pogrążone w żałobie? Zawstydzone konie? To przejawy fantazji ekologów czy naukowo udowodnione fakty z życia zwierząt? Czy bogate życie uczuciowe nie jest zastrzeżone jedynie dla ludzi?
Peter Wohlleben, leśnik i miłośnik przyrody, korzystając z najnowszych badań i własnych obserwacji, udowadnia, że zwierzęta i ludzie w sferze uczuć i doznań są do siebie podobni. Odkrywa przed nami niesamowite historie zwierząt, w których możemy zaobserwować ich mądrość, współczucie, troskę czy przyjaźń.
Podobnie jak w bestsellerowym „Sekretnym życiu drzew” Wohlleben przedstawia w fascynujący sposób świat przyrody, którego nie znamy. Kochasz zwierzęta? Dzięki tej książce przekonasz się, że są ci bliższe, niż ci się zdawało.
Koguty okłamujące kury? Łanie pogrążone w żałobie? Zawstydzone konie? To przejawy fantazji ekologów czy naukowo udowodnione fakty z życia zwierząt? Czy bogate życie uczuciowe nie jest zastrzeżone jedynie dla ludzi?
Peter Wohlleben, leśnik i miłośnik przyrody, korzystając z najnowszych badań i własnych obserwacji, udowadnia, że zwierzęta i ludzie w sferze uczuć i doznań są do siebie podobni. Odkrywa przed nami niesamowite historie zwierząt, w których możemy zaobserwować ich mądrość, współczucie, troskę czy przyjaźń.
Podobnie jak w bestsellerowym „Sekretnym życiu drzew” Wohlleben przedstawia w fascynujący sposób świat przyrody, którego nie znamy. Kochasz zwierzęta? Dzięki tej książce przekonasz się, że są ci bliższe, niż ci się zdawało.

Duchowe życie zwierząt, czyli o ludzkich uczuciach w sercach zwierząt, Agata Wołosik - Wysocka.
http://www.coprzeczytac.p...eter-wohlleben/
Cytat:
Sekretne życie drzew, pierwsza książka Petera Wohllebena, niespodziewanie pewnie także dla samego autora, stała się światowym bestsellerem. A wraz z nią nieznany nikomu leśnik stał się jednym z autorów New York Timesa. Ale tak naprawdę nie powinno to nikogo dziwić, bo nie bez powodu piosenka, która opowiada prawdę staje się największym hitem list przebojów. Podobnie stało się w przypadku opowieści o prawdziwej miłości i szacunku, niezwykłej, bo łączącej człowieka i las. Peter Wohlleben w swojej kolejnej książce zatytułowanej Duchowe życie zwierząt postanowił odsłonić przed nami skrawek swoich niezwykłych spostrzeżeń i serca, które tym razem pozwoliło mu usłyszeć głos zwierząt.
Zwierzęta potrafią kłamać i się wstydzić
Tak naprawdę ta książka, podobnie jak Sekretne życie drzew, otwiera przed nami kolejne drzwi. Drzwi, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Nagle okazuje się, że światy, które uważaliśmy za gorsze pod względem emocjonalnym i duchowym od tego ludzkiego, mają równie bogate wnętrze i równie wiele do zaoferowania. Zawsze dzielimy świat na człowieka i przyrodę, ludzie lubią podkreślać swoją dominację. Tymczasem Peter Wohlleben pokazuje nam, że świat roślin i zwierząt nie funkcjonuje jedynie na zasadzie przedłużenia gatunku i przetrwania, ale ma równie bogaty pejzaż uczuć wewnętrznych, całkiem podobny do tego ludzkiego. W swojej drugiej książce Peter zaprasza nas do świata zwierząt, który tylko pozornie dobrze znamy. Czy kogut potrafi kłamać? Czy koń może się wstydzić?
Nauka to potwierdza
Jednak ta książka nie jest jedynie zbiorem osobistych obserwacji autora, ani jego przypuszczeń. Znajdziecie w niej szereg dowodów naukowych, które udowadniają, że to o czym mówi Peter jest prawdą. Nauka od dawna interesuje się światem wewnętrznym zwierząt, gromadząc coraz więcej dowodów, potwierdzających, że świat przyrody i ludzi ma równie gorące i bogate, a przede wszystkim bijące serce. Peter przedstawia dowody naukowe, mówi o najnowszych odkryciach dotyczących zachowań zwierząt i bogactwa ich przeżyć wewnętrznych. Okazuje się, że podobnie jak las tworzy jedną wielką rodzinę, troszczących się o siebie jednostek, tak zwierzęta są zdolne do tzw. głębokich uczuć. Potrafią kochać, nienawidzić, wstydzić się, kłamać, odczuwać przywiązanie, nawiązywać przyjaźń, opłakiwać bliskich.
Opada kurtyna
Dzięki tej książce kolejna tajemnica świata przyrody zostanie Wam wyjawiona. Sami zdecydujcie, czy będziecie potrafili docenić ten dar, który ofiarowuje Wam Peter i zaczniecie postrzegać świat przyrody z zupełnie innej, nowej perspektywy.


pzdr.
 
 
Argumental
[Usunięty]

Wysłany: 2017-03-27, 19:28   

Nie zauważyłem, żeby ktoś polecał postać Anny Breytenbach i jej doświadczenia ze zwierzętami, choć temat zapewne Wam znany.

Anna i zwierzęta - Sztuka porozumiewania się ze zwierzętami.
Anna Breytenbach - Komunikacja ze zwierzętami.
 
 
krzysztof
Veg Do Potęgi


Pomógł: 54 razy
Posty: 2871
Wysłany: 2018-01-17, 12:44   "Krzyk morskich ptaków. Ginący świat podniebnych wędrow

:sloneczko:

Krzyk morskich ptaków cichnie, bo jest ich coraz mniej...,15.01.2018 22:30, (audycja do odsłuchu).
https://www.polskieradio....ich-coraz-mniej
Cytat:
Książka Adama Nicolsona "Krzyk morskich ptaków. Ginący świat podniebnych wędrowców" zawiera opowieści na temat spotkań z fulmarami, albatrosami, maskonurami, burzykami, głuptakami, alkami, mewami, kormoranami.

Jest tu także fascynująca historia ornitologii i opisy tego, jaką wiedzę przynoszą jej najnowsze badania i odkrycia wspomagane najnowocześniejszą technologią satelitarną. Są tu też straszne dzieje tego, jak ptaki traktowaliśmy.

Przede wszystkim jednak ta książka otwiera oczy na ptasi Umwelt, a właściwie ich umwelty (przepraszam za tę nieporadną liczbę mnogą, ale nie ma jednego: ptaki, zwierzęta są indywidualnościami, charakterami).

Umwelt? To termin, który wprowadził Jakob von Uexküll sto lat temu. Oznacza "otaczający świat", w którym żyje każdy gatunek, a nawet każdy osobnik. "Każdy żyje w swoim własnym, zmysłowym kosmosie, a my jesteśmy na te światy ślepi. Tych znaczących światów nie da się rozumieć w kategoriach innych niż jego własne".

Nicolson od dzieciństwa, gdy atlantyckie ptaki pokochał, próbuje te światy poznać i opisać. Robi to w sposób niezwykły, odnajduje poetyckie języki Homera, Miltona, Coleridge'a, Baudelaire'a, Melville'a. Szuka także własnego języka, pisząc o tym "najgłębszym, najintensywniejszym rodzaju bezkompromisowej rzeczywistości świata, który zazwyczaj pozostaje przed nami ukryty". "To on " pisze Nicolson "stał się dla mnie wzorcem, probierzem tego, czym świat może być".

"Krzyk morskich ptaków" cichnie, bo jest ich coraz mniej. Ale dopóki są tacy ludzie jak Nicolson i takie książki jak ta, którą stworzył…

***
Tytuł audycji: Klub Trójki
Prowadzi: Dariusz Bugalski
Goście: Piotr Kamont (ornitolog ze Stowarzyszenia "Ptaki Polskie"), Marcin Siuchno (ornitolog, przyrodnik)
Data emisji: 15.01.2018
Godzina emisji: 21.11


Makabryczna moda z XIX wieku. Co roku zabijano setki tysięcy tych ptaków, by zadowolić kobiety pragnące stylowo się ubrać, 07.01.2018 | Autor: Aleksandra Zaprutko-Janicka,.
https://ciekawostkihistoryczne.pl/2018/01/07/makabryczna-moda-z-xix-wieku-co-roku-zabijano-setki-tysiecy-tych-ptakow-by-zadowolic-kobiety-pragnace-stylowo-sie-ubrac/#2
Cytat:
Kobiety nosiły kapelusze nawet nie z piórami, ale całymi okazami ptaków. Makabryczna moda kazała uśmiercać setki tysięcy osobników. Dzisiaj cały gatunek zagrożony jest wyginięciem.

Kapelusz z martwym ptakiem z lat 90. XIX wieku. (fot. domena publiczna)

W dziewiętnastowiecznej Anglii mewy nie miały łatwego życia. W latach trzydziestych XIX wieku, gdy na zachodnim wybrzeżu otwarto linię pasażerską, przewożące pasażerów parowce zatrzymywały się, by ci mogli sobie postrzelać do ptaków. Gdy o mewy upomniała się moda, ich los był niemal przesądzony.

Zaczęło się od Marii Antoniny, którą koronowano na francuską królową w 1774 roku, i jej dwórek, których pierzaste fryzury zajmowały pół karety. A w kolejnych dekadach trend tylko przybierał na sile, zwłaszcza w Imperium Brytyjskim.

Jak pisze Adam Nicolson w książce „Krzyk morskich ptaków. Ginący świat podniebnych wędrowców”, w 1891 roku na łamach „Los Angeles Times” można było przeczytać, że „Dobrze ubrana kobieta jest dziś równie puchata jak ptak ledwie wyjęty z gniazda”. Blisko dwie dekady później inna gazeta donosiła: „Jeśli chcesz być zimą modna, musisz być opierzona”. Jak wiemy doskonale z lekcji biologii, człowiek gdyby nawet najmocniej próbował, na własnym grzbiecie piór nie wyhoduje. Niesłabnąca moda na ptasie pióra miała zatem krwawe konsekwencje dla głównych zainteresowanych.

Obraz Vittorio Matteo Corcosa z ostatniej dekady XIX wieku (fot. domena publiczna).

Masowe mordowanie ptaków
W XIX wieku nie istniała technologia pozwalająca na wytworzenie sztucznych piór, które z powodzeniem udawałyby te prawdziwe. Zresztą, ówczesne modnisie nie miały ochoty zadowalać się półśrodkami.
Jak piszą Daniel James Cole i Nancy Deihl w swojej historii mody od 1850 roku, w latach 90. XIX wieku:

Pióra, w szczególności strusi i czapli, stały się niezbędne, a ich sprzedaż i handel nimi eksplodowały, stając się dużym przemysłem. Całe ptasie skrzydła – a w niektórych przypadkach całe ptaki – stały się pełną dramatyzmu dekoracją kapeluszy. […] Podczas gdy pióra definiowały kapeluszniczą modę, Audubon Society oraz inne stowarzyszenia protestowały przeciwko zarzynaniu ptaków w celu używania ich w ten sposób.

Aby zadowolić gusta kobiet ślepo podążających za kapeluszniczą modą powstawały całe zagłębia specjalizujące się w przetrzebianiu ptasich gatunków. W jednej z miejscowości hrabstwa Devon w Anglii niemal przez okrągły rok przygotowywano ręcznie pióropusze. Wioska była dla osób trudniących się takim rzemiosłem idealnym miejscem, ponieważ w pobliżu znajdowały się wprost uwielbiane przez ptaki klify.

Skutkiem tego w szczycie sezonu jednego dnia wprawiony skubacz był w stanie obedrzeć z piór nawet do 700 ptaków. Jak pisze Adam Nicolson w książce „Krzyk morskich ptaków. Ginący świat podniebnych wędrowców”:
Według jednego z dziewiętnastowiecznych szacunków w ciągu dwóch tygodni zabijano nawet dziewięć tysięcy mew z Lundy [wyspa u wybrzeży Wielkiej Brytanii – przyp. red.]. Nawet jeśli to przesada, wydaje się jasne, że populacja mew trójpalczastych na Lundy (która wynosi teraz ledwie sto par i wciąż maleje) padła ofiarą częstych i regularnych polowań.


Kolejna odsłona najmodniejszych edwardiańskich kapeluszy. I tylko ptaków żal...

Przyrodnicy na Wyspach Brytyjskich nie mieli wyjścia – musieli zająć się ratowaniem gatunku. Nie chodziło im wcale o zmianę mody, czy zachwyty nad pięknem tych ptaków.
Ważniejsze było zachowanie bioróżnorodności, a prowadzone na masową skalę bez żadnego uregulowania polowania doprowadziły mewy trójpalczaste na skraj wyginięcia. W 1869 roku brytyjski parlament wprowadził pierwsze prawo zabraniające polowań na morskie ptaki w trakcie sezonu lęgowego. Dzisiaj jednak los gatunku wciąż jest niepewny. A wszystko z winy zamiłowania do morderczej mody.

Źródła:
Cole D.J., Deihl N., The History of Modern Fashion, London 2015.
Graham F., Gulls: A Social History, New York 1975.
Nicolson A., Krzyk morskich ptaków. Ginący świat podniebnych wędrowców, Kraków 2017.

Artykuł powstał między innymi na podstawie książki Adama Nicholsona "Krzyk morskich ptaków" (Znak Horyzont 2017)


pzdr.
 
 
krzysztof
Veg Do Potęgi


Pomógł: 54 razy
Posty: 2871
Wysłany: 2018-02-22, 13:09   

:sloneczko:

Kolejna pozycja Bernda Heinricha to Umysł kruka.Badania i przygody w świecie wilczych ptaków , wyd.Czarne, data premiery: 31 stycznia 2018.
recenzja:
Co widzi ostatni z naturalistów, Adam Robiński ( 12 minut czytania).
http://www.dwutygodnik.co...turalistow.html
Cytat:

Jeśli pisanie o przyrodzie ma spowolnić proces naszego obojętnienia na otoczenie, to autor „Umysłu kruka”, Bernd Heinrich zaciąga hamulec ręczny.

pierwszym rozdziale „Umysłu kruka” Heinrich przekonuje, że jeśli komuś marzy się adopcja dzikiego ptaka, łatwiej nawiązać będzie kontakt ze szpakiem niż z krukiem. Szpak jest również łatwiejszy w hodowli, tłumaczy cierpliwie Heinrich, ostrzegając jednak, że zdarza mu się wtykać dziób do ludzkiego ucha i dłubać w nim tak, jakby zaglądał pod liście w poszukiwaniu robaków. „Dzika gęś nie jest tak natarczywa, ale za to poleci za nami, kiedy wyjedziemy samochodem, jak gdyby przekonana, że właśnie dołączyliśmy do stada, wobec czego musimy uważać, żeby nie zginąć jej z oczu wśród innych pojazdów” – dodaje, a czytelnik z każdą kolejną stroną przekonuje się, że nie jest to wiedza wyssana z palca.

Potem są jednak już tylko kruki. W zaimprowizowanym w prywatnym lesie w Maine awiarium trzyma nawet dwadzieścia osobników naraz. Wykazuje w stosunku do nich anielską cierpliwość i poświęcenie. Żeby sprawdzić, dlaczego w ich jadłospisie nie ma trzmieli, sam pakuje sobie owady do buzi, nie bacząc na to, czy to akurat bezżądły truteń, czy też w pełni uzbrojona samica. Żeby zbadać stosunek kruków do kanibalizmu, podrzuca im kolejno truchło wrony, kawałek czarnej gumy, padłą mewę i różowego plastikowego flaminga ze sklepu ogrodniczego. Obserwując skłonności adopcyjne kruków względem podrzutków, podkłada do gniazda jaja kolejno kurze, kurze pomalowane w ciapki tak, by przypominało krucze, potem pomalowane w całości na czerwono, wreszcie czarny pojemnik na kliszę fotograficzną dociążony wodą („Tak więc kruki nie akceptują wszystkiego, co im się podrzuci do gniazda”, konkluduje). Notuje ruchy, spojrzenia oraz całą gamę dźwięków, którym z pełnym przekonaniem przypisuje konkretne intencje. „Kek kek kek” wyraża niepokój, „gro gro gro” jego przeciwieństwo, a chrapiące krakanie – gniew. Gdyby polski wydawca Heinricha chciał, pijąc do konkurencji, zadrwić z rynkowych trendów, mógłby jego książkę promować tytułem „Sekretne życie kruków”.

W zaimprowizowanym w prywatnym lesie w Maine awiarium Heinrich trzyma dwadzieścia kruków naraz. Żeby sprawdzić, dlaczego w ich jadłospisie nie ma trzmieli, sam pakuje sobie owady do buzi


Bernd Heinrich, „Umysł kruka”. Przeł Michał Szczubiałka, Czarne, 504 strony, w księgarniach od stycznia 2018Bernd Heinrich, „Umysł kruka”. Przeł. Michał Szczubiałka, Czarne, 504 strony, w księgarniach od stycznia 2018
A więc jeszcze jedna książka o ptakach. Polski wysyp pozycji o tematyce okołoprzyrodniczej jest naturalną konsekwencją podobnych zjawisk na Zachodzie. Nature writing lub przyrodopisarstwo (pojęcie utkane przez prof. Joannę Durczak z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie) nie jest jednak zjawiskiem nowym, korzenie nurtu sięgają parę wieków wstecz. Choć za jego ojca uważa się Henry’ego Davida Thoreau i jego dziewiętnastowieczny „Walden”, zapis dwóch lat spędzonych na adorowaniu drobnej przyrody okolic miasteczka Concord w stanie Massachusetts, to w jego pisaniu szukać można śladów dzieł tak odległych, jak „Georgiki” Wergiliusza, starożytny poemat dydaktyczny o rolnictwie.

Heinrich aż prosi się o bardziej dosłowne porównania. Od kilkunastu lat mieszka niedaleko Weld w stanie Maine, w wybudowanej własnoręcznie na jeszcze większym odludziu chacie (sześć lat temu przeniósł się do niej na stałe). Sam uprawia ziemię, poluje, a na dodatek sprzedaje produkowane na własnym terenie drewno. I choć nie ma bieżącej wody, to niewielki panel słoneczny zaopatruje go w prąd. Ma światło, bezprzewodowy internet, komputer. Jeśli więc Thoreau, to taki z oknem na świat. Ale przede wszystkim ma też coś, czego jego poprzednik mieć nie mógł – wiedzę i doświadczenie, jakie płyną z dekad pracy naukowej. Nie jest filozofem, który nagle wypiął się na zdobycze cywilizacji i poprzez pustelnicze życie pragnie nawiązać intymną relację z kosmosem. Heinrich całe życie spędził w tej bliskości, a pisanie jest dla niego aktem tworzenia równie prozaicznym jak stolarka. Książki

Heinrich nie ma bieżącej wody, ale ma światło, bezprzewodowy internet, komputer. Jeśli więc Thoreau, to taki z oknem na świat. Ale przede wszystkim z wiedzą i doświadczeniem, jakie płyną z dekad pracy naukowej

„Chrapiący ptak”, napisana przez Bernda biografia barwnej rodziny Heinrichów, zaczyna się w folwarku Borówki na terenie dzisiejszego województwa kujawsko-pomorskiego. Potem wojna, przesuwający się front wschodni, ucieczka do Niemiec (to w lesie Hahnheide niedaleko Hamburga zrodziła się miłość Bernda do przyrody), wreszcie emigracja i Stany Zjednoczone. Gdzieś pomiędzy akapitami, równolegle do losów bohaterów snuta jest inna opowieść – o naukowej rewolucji, której świadkował XX wiek. Ojciec Bernda, Gerd Heinrich, uznany entomolog, całe swoje życie poświęcił gąsienicznikom, błonkoskrzydłym pasożytom innych owadów i pająków. Był „ogonem długiej tradycji naturalistów”, kolekcjonerem okazów, tropicielem nowych gatunków, przyrodnikiem-podróżnikiem, który na starość czuł się poszkodowany i niedoceniony, bo gdy on z siatką uganiał się po mokradłach, nauka przeniosła się do laboratoriów. Z kolei Bernd stał się forpocztą następnego pokolenia naukowców, a dzięki doświadczeniom ojca potrafił czerpać zarówno z tego, co minione, jak i z dorobku nowoczesnej biologii molekularnej. A potem, gdy znudziło mu się już wykładanie i praca w laboratorium, wyniósł się na wieś i wrócił do korzeni.

Zadziwiającą ilość pozycji przyrodopisarskich brytyjska krytyka zdążyła już ochrzcić mianem „nowego nature writing”. Skąd jednak w Brytyjczykach taka potrzeba bliskości z naturą, skoro swoją dotychczasową działalnością na Wyspach dali jednoznaczny dowód dystansu wobec wszystkiego, co nie jest wytworem ludzkich rąk? „Jaką rolę odgrywają te dzieła i co mówią o naszym stosunku do pozaludzkiego życia?”, pytał Mark Cocker w opublikowanym na łamach „New Statesman” artykule o wiele mówiącym tytule „Death of the naturalist: why is the new nature writing so tame?”, co jest zręczną grą słów, bo „tame” znaczyć może zarówno banalne, jak i oswojone. Zaraz potem odpowiadał sam sobie, przywołując wydaną również w Polsce książkę „J jak jastrząb”, w której zbolała po stracie ojca Helen Macdonald leczy traumę, opiekując się tytułowym ptakiem, oswojonym drapieżnikiem. Takie pisanie o przyrodzie odwraca uwagę od prawdy o tym, co się stało z naszym przyrodniczym otoczeniem – ubolewał Cocker – i prowadzi do kolejnej rozmowy o nas samych – natura jest tylko zieloną płachtą, na tle której się fotografujemy. Polemizujący z nim autorzy przekonywali, że dobrobyt człowieka i natury może iść w parze, a mówienia o przyrodzie, nawet w jej nie do końca dzikich odsłonach, nigdy za wiele. Literatura może prowadzić do aktywizmu i przez to mieć wpływ na politykę, która ostatecznie kształtuje środowisko – pisał uważany za jedną z twarzy nowego nurtu Robert MacFarlane. W całej dyskusji nazwisko Heinricha nie padło ani razu. Jego twórczość wymyka się argumentom obu stron sporu. Jeśli ktoś przenosi się do chaty w lesie, to nie po to, by wpisywać się w nurty.

Pisanie o przyrodzie odwraca uwagę od prawdy o tym, co się stało z naszym przyrodniczym otoczeniem – ubolewał publicysta „New Statesman” – natura jest tylko zieloną płachtą, na tle której się fotografujemy

Kiedy przy okazji jego ubiegłorocznej wizyty w Warszawie zapytałem Heinricha, dlaczego pisze i co chce swoim pisaniem osiągnąć, odpowiedział jak przystało na akademika i wykładowcę. Przekonywał, że nie przyświeca mu żaden dalekosiężny, istotny cel. Chodzi jedynie o obiektywną obserwację otoczenia, zaspokajanie własnej ciekawości i dzielenie się efektami tego spełnienia. Znałem kilka z jego książek i wcale nie czułem się przekonany.

Do czego jest nam więc potrzebne przyrodopisarstwo? W przedmowie do „Pająków pana Roberta” Robert Pucek tłumaczy swoje bratanie się ze stawonogami (w czasie pisania nad jego biurkiem wisiał parometrowy, czarny baldachim z pajęczyny nasosznika) zasypywaniem rowu oddzielającego humanistykę od nauk przyrodniczych. Jeśli Babcia Literatura ma jakąś przewagę nad innymi, młodszymi środkami przekazu, to jest nią trwałość emocji i postaw, które kształtuje. Raz zasypany rów może stać się przestrzenią dla kilku pokoleń czytelników. Wspomniany już „Walden” jest wciąż wznawiany, kupowany, czytany. Przekłada się to potem na – zacytujmy prof. Durczak i jej „Rozmowy z ziemią” (2010) – spowolnienie „procesu obojętnienia współczesnej wyobraźni i współczesnego języka na rzeczywistość przyrodniczą. Pozwala czytelnikowi nie tylko patrzeć, ale i widzieć”. Durczak przekonuje zresztą, że jednostronna komunikacja z ziemią jest specyfiką zachodniej kultury. „My mówimy, ona ma słuchać”. Ziemia jest nieruchomością, obiektem posiadania, przedmiotem transakcji i zabiegów, które tylko pozornie zwą się pielęgnacyjnymi. Tymczasem wśród pierwotnych plemion rozmowa z ziemią jest czymś tak oczywistym jak sama mowa. Według wierzeń rdzennych mieszkańców Australii ziemia musiała być najpierw wyśpiewana, a więc opisana, by mogła w ogóle powstać. Do dziś kontynent ten oplata gęsta sieć niewidzialnych ścieżek śpiewu, umożliwiających wędrówkę w przestrzeni i czasie. Relacja Aborygenów z ich ziemią jest bezinteresowna, dwustronna i trwała. Jej celem nie jest kontrola, a zrozumienie.

Jeśli więc każde zdanie z książek Pucka jest jedną łopatą piachu wrzuconą do głębokiego rowu ignorancji, to Heinrich robi dokładnie to samo, tyle że stojąc po drugiej stronie przepaści. Jest naukowcem z krwi i kości, pragmatykiem, dla którego większą wartość nad wszystko to, co zostało napisane, będzie miała jedna tylko obserwacja sugerująca, że może być inaczej (na łamach „Umysłu kruka” wspomina, że warte publikacji są nie prace potwierdzające obowiązujące teorie, lecz te, które je podważają). Nie bawi się w cytowanie innych autorów, nie szuka odniesień, skojarzeń, ciągów myślowych. Jest po prostu cholernie zaintrygowany przyrodą, przygląda się jej, a potem w prosty sposób wykłada swój ciąg myślowy oraz wnioski mniej biegłym czytelnikom. „Kiedy się tu sprowadziłem na stałe, nie miałem pojęcia, co będę badał. Teraz jestem otwarty na wszystko, co się nawinie. Lubię być znowu dzieckiem, po prostu idę przed siebie i znajduję pytania” – mówił w grudniu ubiegłego roku magazynowi „Outside”, który – nomen omen – nazwał go ostatnim z naturalistów.

Do czego jest nam potrzebne przyrodopisarstwo? Robert Pucek wspomina o zasypywaniu rowu między humanistyką a naukami przyrodniczymi. Heinrich robi to samo, tyle że stojąc po drugiej stronie przepaści

W „Umyśle kruka” jest jeszcze jedna scena warta wspomnienia. Początek maja, w Maine o tej porze roku wciąż zdarza się świeży śnieg. Heinrich dogląda kruczych gniazd, które są pod jego stałą obserwacją, po czym wraca do chaty, gdzie trzy studentki z Uniwersytetu Vermontu pieką chleb. On sam wypija filiżankę kawy, siada na schodku za progiem domu i słucha żwawej piosenki strzyżyka. Sielską sytuację przerywa nagle krakanie kruków. Heinrich patrzy w niebo, widzi kruczy taniec. Ptaki nurkują, po czym wzbijają się w powietrze, akrobacjami przywołując jeszcze więcej kruków. Naukowiec podrywa się ze schodka i pędzi sprawdzić, co tak ożywiło ptaki. Jak pisze, gdyby tego nie zrobił, byłby jak opisana przez Aldo Leopolda dama z „Zapisków z Piaszczystej Krainy”, która „nigdy nie widziała ani nie słyszała dzikich gęsi, które dwa razy w roku ogłaszają powrót pór roku na jej pokrytym dobrą izolacją dachu”.

„Czy możliwe, by edukacja była procesem wymiany świadomości na rzeczy mniejszej wartości?” – pytał Leopold. „Powszednią rzeczywistością jest dzisiaj świat, a nie tylko okolica” – zauważa z kolei Heinrich w „Wiecznym życiu”, jednej z wcześniejszych książek. „Ostatecznym kryterium rzeczywistości jest zaś przyroda, a na podstawie tego, co dotąd odkryliśmy, widzę cały świat jako jeden organizm, który nie ma oddzielnych części. Pragnę jedności z najwspanialszym, największym i najbardziej rzeczywistym bytem w znanym nam kosmosie – życiem ziemskiej przyrody”. Książki Heinricha to najlepsze tłumaczenie aborygeńskich ścieżek śpiewu, jakie kiedykolwiek dostaniemy.

A kruki? Pewnie mają swoje pieśni. Ich świat doznań zmysłowych, przekonuje Heinrich, częściowo pokrywa się z naszym. Mają dobry wzrok i słuch, widzą i słyszą mniej więcej to samo co my, jednak uwagę zwracają na zupełnie inne szczegóły.

Autor
Adam Robiński
Ur. 1982, dziennikarz, autor krajoznawczego zbioru „Hajstry. Krajobraz bocznych dróg” (Czarne). Debiutował w „Życiu Warszawy”, związany m.in. z „Rzeczpospolitą” i „National Geographic Polska”, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Finalista Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej za najlepszy wywiad prasowy.


o „Wiecznym życiu” było tutaj :
http://www.forumveg.pl/vi...start=45#168766

dodatkowo w 2016 r. wydano :
Chrapiący ptak. Rodzinna podróż przez stulecie biologii
https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/chrapiacy-ptak

pzdr.
 
 
eliwinter 
Guru Veg
wu-wei



Pomogła: 21 razy
Wiek: 45
Posty: 5353
Skąd: z dziupli
Wysłany: 2018-02-22, 20:41   

nie było "osadź"

https://www.facebook.com/...46145339001792/
_________________
Zawsze sobie powtarzam: Trzeba patrzeć na światełko w tunelu. Może to nie pociąg jedzie.
weganizm udomowiony
weganizm udomowiony na Facebooku
Inspirujący wykład, który może zmienić Twoje życie - Gary Yourofsky
 
 
 
Hate 
Mentor
Pull The Plug



Pomógł: 33 razy
Wiek: 40
Posty: 8390
Skąd: Glasgow
Wysłany: 2018-02-25, 22:42   

"Niestety, ta treść jest obecnie niedostępna"
_________________
Tyle rzeczy do zrobienia. Tylu ludzi do zniszczenia.

https://smialezdjeciapatrycji.wordpress.com/

I blog na fb:

https://www.facebook.com/...06096063015461/
 
 
krzysztof
Veg Do Potęgi


Pomógł: 54 razy
Posty: 2871
Wysłany: 2018-09-21, 12:22   

:sloneczko:

Jak zwierzęta przeżywają żałobę, King Barbara J., wyd.Purana, 2018-07-16
https://purana.com.pl/pl/przyroda-i-czlowiek/1409-jak-zwierzeta-przezywaja-zalobe-barbara-j-king.html

Cytat:
Na stronach tej książki znajdziecie zwierzęcą żałobę – u króliczków i kaczek oraz u wielu innych gatunków. Ale znajdziecie także zwierzęcą miłość.
Żałoba rodzi się z miłości.

W książce Jak zwierzęta przeżywają żałobę? antropolog Barbara King relacjonuje
różne historie zwierząt przeżywających żal po stracie swoich towarzyszy,
partnerów albo przyjaciół.
Autorka opowiada:
- o słoniach otaczających słabnącą i umierającą matriarchinię ,
- o domowej kotce, która, utraciwszy siostrę, z którą nigdy się nie rozstawała,
całe tygodnie chodzi po mieszkaniu, żałośnie miaucząc,
- o samicy pawiana, która traci córkę, zabitą przez drapieżnika, i pogrąża się w
żałobie.
Dzięki poruszającym historiom, widzianym oczami antropologa, Barbara King
przybliża nas do zwierząt, z którymi wspólnie zamieszkujemy naszą planetę, i
ułatwia nam spojrzenie na nasze własne doświadczenia, przywiązania i emocje –
jako na część większej sieci życia, śmierci, miłości i straty.
Barbara J. King
https://en.wikipedia.org/wiki/Barbara_J._King

pzdr.
 
 
krzysztof
Veg Do Potęgi


Pomógł: 54 razy
Posty: 2871
Wysłany: 2018-09-25, 12:42   

:sloneczko:

Osobowość na talerzu. Kim są zwierzęta, które zjadamy? , King Barbara J., wyd.W.A.B., 2018-08-22
https://www.gwfoksal.pl/o...re-zjadamy.html

Cytat:
Gdyby każdy przeczytał tę książkę, świat byłby dużo lepszym miejscem. A tak cóż, jest jak jest.
Marta Dymek, autorka „Jadłonomii”

Podziwiamy wrażliwość i inteligencję delfinów, szympansów i słoni, ale co wiemy o życiu, umysłach i emocjach kur, krów, świń, ośmiornic, ryb i wielu innych stworzeń, które codziennie lądują na naszych talerzach? Korzystając z najnowszych badań naukowych oraz doświadczeń między innymi rolników i weterynarzy, Barbara King zabiera nas w fascynującą podróż przez świat zwierząt traktowanych głównie jako źródło pożywienia. Nie namawia przy tym do weganizmu – zaprasza jednak do zastanowienia się nad własnymi postawami wobec jedzenia mięsa i jego skutkami dla planety.

Czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie, i czy chcemy tego, czy nie wraz z każdym zjadanym posiłkiem decydujemy, kto ma żyć, a kto umrze. Trzykrotnie w ciągu dni podejmujemy decyzje, z którymi musimy później żyć. Może nam w tym pomóc pełen współczucia i liryczny głos Barbary J. King. Jej książka nigdy nie nudzi. W sposób odkrywczy, często zaskakujący, a także zabawny pisze dla wszystkich, którym bliskie są zwierzęta, etyka i ziemia.

Sy Montgomery, autorka m.in. „Ptakologii”, „Dobrej świnki, dobrej” i „The Soul Of an Octopus”.
fragmenty:
http://zwyklezycie.pl/201...bowosc-talerzu/
Cytat:
ZŻ Blog Czytamy: Osobowość na talerzu
Czytamy: Osobowość na talerzu,5 września 2018
zapowiedź Barbara J. King czytamy książki
Osobowość na talerzu zwykłe życie


Ni­g­dy nie wąt­pi­my, że zwie­rzę, któ­re za­cho­wu­je się jak głod­ne, jest głod­ne. Ja­ki jest więc po­wód, aby nie wie­rzyć, że słoń, któ­ry wy­da­je się szczę­śli­wy, jest szczę­śli­wy?
Carl Sa­fi­na, Bey­ond Words: What Ani­mals Think and Fe­el

Mię­so z gril­la (ny­ama cho­ma w su­ahi­li) nie­ustan­nie wjeż­dża­ło na stół. Kro­jo­ne przed na­mi wie­przo­wi­na i kur­czak wy­glą­da­ły zna­jo­mo, kró­lik i dzi­czy­zna nie­co mniej. Wół i ze­bra? W na­szych oczach by­ły eg­zo­tycz­ne.

Pew­ne­go chłod­ne­go wie­czo­ru 1986 ro­ku w Na­iro­bi mo­ja mat­ka Eli­za­beth, cio­cia Bar­ba­ra, po któ­rej mam imię, je­den z mo­ich naj­bliż­szych przy­ja­ciół Jim i ja wy­bra­li­śmy się do re­stau­ra­cji Car­ni­vo­re. Za­pro­wa­dzo­no na­szą grup­kę na pa­tio. Z po­cząt­ku mar­twi­łam się, że zmar­z­nie­my, ale jak­że ku­szą­ca wy­da­wa­ła się myśl zje­dze­nia ko­la­cji pod ko­pu­łą ciem­ne­go nie­ba! Ob­słu­ga przy­nio­sła nam na­wet pie­cy­ki, aby nas roz­grzać.

„Kel­ne­rzy je­den za dru­gim wno­si­li mię­sa na­bi­te na wiel­kie szpi­kul­ce”, opi­sa­ła mo­ja mat­ka tę noc w swo­im dzien­ni­ku po­dró­ży, ma­łym no­te­sie, o któ­ry te­raz, po jej śmier­ci, trosz­czę się, po­dob­nie jak o in­ne pa­miąt­ki po niej. „Przy­no­si­li spo­re ka­wał­ki lub od­ci­na­li je z wiel­kich po­łci mię­sa, w su­mie 10 ro­dza­jów”. Je­stem pew­na, że je­dli­śmy rów­nież an­ty­lo­pę. W Car­ni­vo­re w Na­iro­bi po­da­wa­no kie­dyś ku­du i po­zo­sta­je ono w me­nu w fi­lii w Jo­han­nes­bur­gu w Po­łu­dnio­wej Afry­ce. Mi­mo że ke­nij­ski rząd za­ka­zał po­da­wa­nia dzi­czy­zny, stru­sie i kro­ko­dy­le do dziś po­ja­wia­ją się na sto­łach Car­ni­vo­re w Na­iro­bi.

W 1986 roku mieszkałam kilka godzin jazdy samochodem na południe od stolicy Kenii, na terenie Parku Narodowego Amboseli, w pobliżu granicy z Tanzanią. Z mojego podwórka, na które często zaglądały gnu i zebry, a czasami także słoń, rozpościerał się widok na wielkie i piękne wulkaniczne szczyty Kilimandżaro. W Carnivore świętowałam krótki urlop w połowie czternastomiesięcznej pracy polegającej na obserwacji małp. Mój projekt koncentrował się na tym, w jaki sposób młode pawiany podczas wędrówek po sawannie z rodziną i członkami stada uczą się, które owoce, trawy i bulwy są jadalne. Dla absolwentki antropologii przeprowadzenie tych badań w Amboseli było spełnieniem marzeń. Fascynowały mnie nie tylko naczelne (ich badanie finansowała Narodowa Fundacja Naukowa), ale także mieszkające na terenie parku słonie, lwy, bawoły afrykańskie, strusie, guźce i stada marabutów. Kiedy tylko mogłam ukraść troszkę czasu, obserwowałam je dla samej przyjemności patrzenia. Siedzenie w bezruchu i próby domyślenia się, kto jest czyim przyjacielem lub rywalem albo co znaczą dźwięki zwierząt i język ich ciała, okazywało się czystą radością. W nieliczne wolne dni, kiedy nie jechałam do Nairobi, żeby skserować i wysłać pocztą do domu wyniki badań (w tamtych czasach nie było skanerów i mejli!), napawałam się tym, co afrykańskie równiny mogły mnie nauczyć.

A jednak w Carnivore, siedząc na świeżym powietrzu z bliskimi, którzy odbyli dwudziestodwugodzinny lot liniami Pan Am z Nowego Jorku, żeby mnie odwiedzić, zachwyt i poczucie związku z innymi zwierzętami znikło. Nie widziałam zwierząt na talerzach przed nami, widziałam (i czułam) mięso – a także okazję do kulinarnej przygody ze zwierzętami, która stanie się świetną historią do opowiedzenia w domu.

W mózgu przełączał mi się niewidzialny pstryczek, z którego istnienia nie zdawałam sobie sprawy, w związku z czym nie mogłam się nad nim zastanowić: Barbara, zapalona obserwatorka zwierząt, stawała się Barbarą, żarłoczną pożeraczką zwierząt. Dziś to wspomnienie sprawia, że czuję się nieswojo, szczególnie że z entuzjazmem pochłaniałam osobniki tych samych gatunków, które uwielbiałam obserwować w Amboseli.

Oczywiście wieczór w Carnivore to nie pierwszy ani ostatni raz, kiedy robiłam coś takiego. Ile było zwierząt przez te wszystkie lata, mieszkających w oborach czy oceanach, którym z przyjemnością się przyglądałam i o których czytałam, a potem je zjadłam? Ten szczególny dualizm przychodzi naszemu gatunkowi łatwo. Podczas zwiedzania Yellowstone, parku narodowego o powierzchni prawie miliona hektarów, rozlewającego się przez granice Wyoming, Montany i Idaho, moją główną pasją jest oglądanie bizonów. Razem z mężem godzinami obserwujemy, jak masywne w kłębie samce niezbyt subtelnie przystawiają się do samic – lub walczą o nie z ogromnymi rywalami. I jak samice fukają na młode, które odbiegają od matek, żeby brykać na łące. Raz, kiedy jechaliśmy samochodem przez dolinę Lamar, otoczyło nas stado bizonów składające się z ponad stu osobników. (Zbliżanie się do dzikich bizonów jest błędem, ponieważ może się to skończyć podrzuceniem w powietrze za pomocą ostrych rogów i śmiercią; podczas tamtego spotkania bizony wolały spokojnie nas minąć). Zazwyczaj patrzymy z wnętrza samochodu stojącego w wężyku aut innych entuzjastów dzikich zwierząt. Jeśli zdarza się nam wpaść na obiad do parkowej restauracji, aby porozmawiać o tych majestatycznych zwierzętach i pokazać sobie ich zdjęcia, w menu nieustająco można znaleźć dania z ich hodowlanych braci i sióstr. Zawsze wybieramy makaron.

Podczas innej wyprawy, gdy opuszczaliśmy Park Narodowy Everglades na południu Florydy, jechaliśmy drogami przecinającymi wspaniały ekosystem tych terenów. Mijaliśmy znaki zachęcające do odwiedzenia rodzinnych firm, które zachwalają wycieczki ślizgaczem: Zobacz piękne aligatory rano! Rozkoszuj się „krokonuggetsami” w południe! Tego rodzaju rzeczy – nazywam je naszym „osobliwym dualizmem” w relacjach z innymi zwierzętami – są wszędzie. Miłośnicy wielkich akwariów podziwiają mackowe piękno ośmiornicy, najmądrzejszego bezkręgowca na planecie, a potem zamawiają na obiad grillowane ośmiorniczki. Rodzice czytają swoim dzieciom przed snem bajki z udziałem słodkich kurek lub rezolutnych świnek zaledwie kilka godzin po tym, jak podali im na kolację kurczaka lub wieprzowinę.

Psycholog Hal Herzog zatytułował swoją książkę o naszych relacjach z innymi zwierzętami Some We Love, Some We Hate, Some We Eat [Niektóre kochamy, niektórych nienawidzimy, niektóre jemy] i umieszcza w niej takie zdanie: „Postawy ludzi wobec innych gatunków, co nieuchronne, są niespójne i pełne paradoksów”. Kochamy psa i jemy świnię lub kochamy bizona i jemy bizona. Kim właściwie są ci, przez których targają nami takie sprzeczności? Najnowsze odkrycia z zakresu antropologii, psychologii i zoologii mogą pomóc rozwiązać ten problem, pokazując, w jaki sposób zjadane przez nas zwierzęta – dla jednych będą to ośmiornice lub szympansy, dla wielu innych kurczaki i kozy – myślą, czują i wyrażają swoją indywidualność. Kogo my jemy?

Ta książka nie jest próbą sklasyfikowania zwierząt według jakiejś abstrakcyjnej miary, która wskazywałaby inteligentne, czujące istoty. Nie jest też poradnikiem, kogo jeść, a kogo nie. Przeciwnie. To zaproszenie, aby dokładnie zobaczyć, kogo właściwie mamy na talerzu, i zrozumieć nasze związki ze zwierzętami, które świadomie i intencjonalnie – choć inaczej – doświadczają świata. Związki te łatwo przeoczyć w naszym świecie, ponieważ większość z nas spotyka zjadane zwierzęta jako pakowane próżniowo produkty w sklepie spożywczym. „Zapominanie, a przede wszystkim niewiedza – na tym polega przemysłowy łańcuch pokarmowy”, pisze Michael Pollan w The Omnivore’s Dilemma [Dylemacie wszystkożercy]. Jak jednak zobaczymy, chodzi nie tylko o przemysłowy łańcuch pokarmowy. Warto bliżej przyjrzeć się wszystkim, których jemy, niezależnie od drogi, jaką pokonali, nim trafili na nasz stół.

Kiedy piszę o zwierzętach, czytelnikom moich artykułów i tekstów na blogu zdarza się zakładać (i twierdzić), że mam ukryty cel: głęboko pragnę, aby wszyscy zostali wegetarianami, albo lepiej – weganami. Choć to założenie jest błędne, zasługuje na przemyślaną odpowiedź.

„Więcej roślin i mniej mięsa”. Ta rada, którą w kółko słyszymy, jest kluczowym krokiem w kierunku poprawy zdrowia naszego, naszej planety oraz dobrostanu zwierząt. Na podstawie sprawozdania Programu Narodów Zjednoczonych do spraw Środowiska (United Nations Environment Programme, UNEP) z 2010 roku ONZ zaleca zredukowanie w naszej diecie białek pochodzenia zwierzęcego na rzecz pokarmów roślinnych „w celu znaczącego zmniejszenia degradacji środowiska”. Dla UNEP-u głównym problemem (poza kwestią paliw kopalnych) jest hodowla i przetwarzanie zwierząt gospodarskich, ponieważ karmi się je ponad połową światowych upraw i poi nieprawdopodobną wręcz ilością wody. UNEP wyraźnie zaleca, abyśmy nie tylko postarali się zmniejszyć zużycie zasobów i inne negatywne skutki rolnictwa przemysłowego, ale także byśmy zmianę zaczęli od siebie i zmodyfikowali dietę.

Organizacja Narodów Zjednoczonych nie jest jedyna. W Stanach raport Komitetu Doradczego do spraw Żywności z 2015 roku naciska na ograniczenie spożycia soli, tłuszczów nasyconych, a zwłaszcza cukru, a następnie dodaje niespodziankę: dieta wegetariańska jest wzorowym przykładem zdrowego odżywiania. Dietetyczni aktywiści, globalni i lokalni, powtarzają te zalecenia, prawdopodobnie najbardziej znane ze wszystkich jest proste hasło Michaela Pollana: „Jedz prawdziwe jedzenie. Nie za dużo. Głównie rośliny”.

Mam zamiar iść za radą Pollana. Z ośmiu rodzajów zwierząt opisanych w tej książce – owadów, ośmiornic, ryb, kur, kóz, krów, świń i szympansów – jem jedno: ryby. A dokładnie – po części ze względu na skomplikowaną historię choroby, która obejmuje walkę o odzyskanie zdrowia po niedawnej chemoterapii i radioterapii – co jakiś czas jem konkretne gatunki ryb. Zbierając materiały do rozdziału o owadach, celowo skosztowałam świerszczy i koników polnych, no i jak każdy połknęłam sporo owadów, które przypadkowo wpadły mi w usta podczas jazdy albo schowały się w produktach rolnych (zobaczcie rozdział pierwszy). Czy w przyszłości skosztuję więcej dań z owadów? Nie jestem pewna. Zgodnie ze stanem wiedzy i pamięci nigdy nie jadłam ośmiornicy, kozy ani szympansa, kiedy zaproponowano mi małpie mięso w restauracji w Gabonie, poprosiłam o kurczaka. Tej „wymiany” (odmowy zjedzenia ssaka naczelnego podobnego do mnie i zjedzenie ptaka mniej podobnego do mnie) dokonałam w 1984 roku. Kur, krów i świń nie jem już od ponad pięciu lat.

Z powodów, które z jednej strony obejmują zdrowie środowiskowe, a z drugiej zwierzęcą zdolność odczuwania, zmniejszenie spożycia mięsa to znakomity i konieczny cel. Wiele ścieżek – od weganizmu i wegetarianizmu po ludzi, którzy decydują się jeść więcej roślin i ograniczyć ilość mięsa – może nas zaprowadzić w tym kierunku. (Bardziej szczegółowo analizuję tę postawę w posłowiu).

Użyłam terminu „zwierzęca zdolność odczuwania”. Ale co to znaczy? Co rozumiem przez inteligencję, emocje i osobowość, gdy piszę o zwierzętach innych niż ludzie? Behawioryści zwierząt z pewnością nie mówią jednym głosem, gdy precyzują te terminy – to znak, co chcę podkreślić, żywej debaty, która stanowi część zdrowego fermentu naukowego, a nie ogólnego bałaganu. Najlepszym wyjściem jest więc skorzystanie z jasnych definicji istniejących w szerokim użyciu. Znakomicie przedstawił je Carl Safina na początku swojej książki Beyond Words: What Animals Think and Feel [Poza słowami. Co zwierzęta myślą i czują].

Wrażliwość jest zdolnością odczuwania wrażeń takich jak przyjemność i ból.

Poznanie jest umiejętnością postrzegania i zdobywania wiedzy oraz rozumienia.

Myśl jest procesem rozważania czegoś, co zostało postrzeżone. Jak sugeruje ta definicja, a podkreśla również Virginia Morell w swojej książce Animal Wise: The Thoughts and Emotions of Our Fellow Creatures [Mądrość zwierząt. Myślenie i emocje naszych bliskich stworzeń], myślenie nie zależy od języka.

Do powyższych Safina dodał w korespondencji mejlowej ze mną jeszcze jedną:

Emocje to coś, co czujemy w związku z tym, co postrzegamy.

Safina podkreśla, że w świecie zwierząt skala doznań nie jest taka sama. Nie powinniśmy się spodziewać, że wrażliwość ośmiornicy jest podobna do wrażliwości szympansa albo że inteligencja świń przypomina inteligencję krów – czy że jakakolwiek nieczłowiecza inteligencja będzie identyczna z naszą.

Osobowość jest kolejnym kluczowym terminem. Nie chodzi tu o zdolność kury do zjednania sobie ludzi i zauroczenia ich – z wyjątkiem sytuacji, co zobaczymy w rozdziale czwartym, kiedy to robi! Ogólnie jednak osobowość odnosi się do niezmiennych sposobów, w jaki jednostka czuje, myśli i postępuje w zakresie par zjawisk takich jak ekstrawertyzm i introwertyzm lub ugodowość i upór.

Pewni psychologowie przeciwstawiają sobie biologicznie zakorzenione usposobienie i osobowość, która postrzegana jest jako bardziej otwarta na zmiany ze względu na to, czego zwierzę doświadcza w życiu. Z kilkoma zaledwie wyjątkami termin „osobowość” świetnie sprawdza się w tej książce, o ile pamięta się, że wspomniane stosunkowo niezmienne wzorce mogą wynikać z połączenia doświadczeń życiowych i wrodzonych czynników genetycznych. Dodaję osobowość do swoich rozważań, ponieważ postrzeganie zwierząt jako jednostek, które mogą różnić się od siebie usposobieniem i zachowaniem, jest innym sposobem – oprócz obserwacji ich inteligencji i zdolności odczuwania – w jaki możemy się przygotować na to, aby zobaczyć złożoność życia zwierząt.

Potrzeba trzeźwego spojrzenia jest głównym przesłaniem, jakie mi przyświeca: dostrzeżenie zwierząt, które uznajemy za jedzenie, wymaga wysiłku, ale się opłaca. Mimo że miliardy anonimowych zwierząt lądują na rodzinnych i restauracyjnych stołach, inne zwierzęta czują i czasem cierpią, uczą się i czasem kochają, myślą i czasem rozmyślają. Ich życie ma dla nich znaczenie i powinno mieć znaczenie także dla nas.

Barbara J. King „Osobowość na talerzu. Kim są zwierzęta, które zjadamy?”, tłumaczenie: Adam Pluszka, wydawnictwo WAB

Barbara J. King – emerytowana profesorka uniwersytetu College of William and Mary, gdzie przez 28 lat uczyła antropologii. Zajmuje się inteligencją i emocjami u różnych zwierząt, od szympansów po kury. Jest autorką wielu książek, w tym How Animals Grieve, Being with Animals oraz Evolving God: A Provocative View on the Origins of Religion. Mieszka w Wirginii.
inne fragmenty
https://www.empik.com/oso...45676,ksiazka-p

pzdr.
 
 
Surri 
Żona Admina
Pizdata


Pomogła: 78 razy
Wiek: 33
Posty: 11290
Skąd: Kraków
Wysłany: 2018-10-08, 17:05   

krzysztof napisał/a:
Osobowość na talerzu. Kim są zwierzęta, które zjadamy?

Taffit mi pożyczył ;) .
Właśnie kończę czytać <3
_________________
Śpieszmy się kochać mężczyzn oni tak szybko tyją!

Połykaj z Surri
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group